staphre blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 2.2004

    Nie wierze, ze stoi u mnie na polce, a w zasadzie jeszcze lezy u Stef na biurku bo sie nie moglam powstrzymac zeby nie obejrzec tej jednej sceny.

    „I think we are ok here, LEON”.

    Czasami nie ma sie wyboru. Nie wiem, jak bliska jestem uwierzenia w cos takiego, ale po tym filmie, ktory widzialam wczoraj, bardziej niz kiedykolwiek.

    Bo prawda jest taka, ze nie wiesz, jak tam jest, dopoki tam nie stoisz.

    Bardzo sie trzeba nastarac, by zrobic z czlowieka potwora. I troje Naprawde Dobrych Ludzi nie zmieni tego jednym przypadkowym slowem.
    Bez wzgledu na to, jak bardzo bysmy chcieli w to wierzyc.

    Wracamy z Earlem z kosciola. Z krzyzykiem na czole zrobionym tlustym, ciezkim do zmycia popiolem, w niczym nie przypominajacym tego lekkiego, szarego, ktory mama wynosi z kominka. Mokre powietrze, rozmowa o pogodzie latem w Polsce. I nagle Earl mowi, ze moglby mnie przedstawiac ludziom jako osobe ciagle bedaca pod wplywem narkortykow, bo „ja tak mam naturalnie”.
    Nie ze juz cos takiego slyszalam. Od Beya.
    Nie ze juz cos takiego czytalam. O Dorocie Maslowskiej.
    Nie ze ksiezyca bylo troche malo, moze to dlatego.

    Nie, ze nie moge sie przestac dzisiaj usmiechac.

    Z czasem czestotliwosc, z jaka nachodza mnie dziwne nastroje (potanczylabym, tak do upadlego; niespalabym, cala noc najlepiej, w glowie mi gada, glosno i wyraznie) przyjela wartosc tak duza, ze spokojnie mozna bylo jej obwiednie przyblizyc kontinuum.

    I teraz sie zastanawiam, czy przestaly mnie nachodzic, czy po prostu norma mi sie przesunela.

    Pewnego dnia okazuje sie, ze idziesz do kogos na kolacje i z drzwi robia sie takie, do ktorych mozesz zapukac, gdy ci smutno, zle, nie tak, krzywo, nie po kolei. Albo gdy ci tak radosnie, ze wiesz, ze nie udzwigniesz jesli sie nie podzielisz.

    Pewnego dnia, ktos ci mowi, ze twierdzenie, ze ktos, o istnieniu kogo nawet nie masz pojecia, jest w tobie zakochany, jest wierutna i straszna bzdura.
    A pewnego dnia okazuje sie, ze nie tak do konca.

    Mama napisala, ze jest tlusty czwartek.

    I – choc nie mam skad wziac PRAWDZIWYCH paczkow, bede swietowac obzerajac sie najslodszymi rzeczami.
    A o 12 idziemy z Philem po pseudopaczki kanadyjskie.

    Dla paru osob, ktorym ostatnio ciezej niz innym. Dla jednej.

    Chyba tez troche o tym mowila moja mama proszac: rozgladaj sie wokol siebie.

    Pisze dlugi list. Pisze bo wiem, ze powinnam, bo wiem, ze temu komus sie list ode mnie nalezy. Stoje posrodku jak najwiekszy matol, Dee mowi, ze posrodku nie wolno, ale ja za bardzo nie mam poza tym srodkiem gdzie.
    Pisze wiec dlugi list, staram sie go nie przegadac… Pisze i mysle, ze staje sie za czesto w zyciu przed rzeczami, na ktore brakuje slow. Mi brakuje w tym liscie totez cytuje kogo znam madrego.
    Mam nadzieje, ze adresat tak bardzo nie zauwazy.

    Dostalam wczoraj walentynkowe cukierki. Landrynki.
    Nie wiem czy lubie landrynki, ale obawiam sie, ze nieszczegolnie. A to dlatego, ze prawdziwe byly w szafce u dziadka. Wspomnialo mi sie dzis o nich, wspomnialo mi sie o dziadku. Nawet mi mietowa guma do zucia zasmakowala tymi landrynkami. Zainspirowana mysle sobie, ze czasami tak wlasnie trzeba, przywolac smaki i zapachy, zeby wspomnienia, co sa rozami w grudniu, nie byly tylko z jedwabiu i plastyku, ale zeby mialy teksture kwiatow.

    Teraz mi pachnie kwiatami… ja moze juz pojde na kolacje.

    Basik napisal, ze ciocia Marzena przesyla mi nastepujaca walentynke: mam wejsc na www.sting.com i posluchac od niej „Shape of my heart„.

    To nie jest tez ksztalt mojego serca. Odkad pierwszy raz obejrzalam film, ktory do dzis uwielbiam i stawiam przed wszystkie filmy swiata.
    Glownie za to, ze ma scene, w ktorej Leon podnosi Matylde na komisariacie a jej nogi wisza w powietrzu.

    Dlatego, Malfa, mam ambiwalentny stosunek.

    Barnes House, 415B.
    S(taphre), K(olega Staphre z 204A
    K.: A macie w Polsce jakies dziwne zwierzeta?
    S.: Takie same jak tu prawie…
    K.: No a jakies dziwne? Krokodyle? Albo zebry?
    S.(po raz niewiadomoktory niewiadomokomu): To jest bardziej na polnoc niz Nowa
    Funlandia.
    K.: A jednorozce macie.
    S.: Tak, ja nawet mam jednego w domu.
    K.: Nie mozesz miec jednorozca.
    S.: Moge.
    K.: Nie mozesz. Wiesz dlaczego?
    S.: Moge. Wiem dlaczego.

    Zwyciezanie jest uczuciem tak przyjemnym, ze powinno byc dozowane. To jest tak, ze nie mozna zwyciezac caly czas, nie mozna nawet wygrywac czesto bo sie tego po prostu nie czuje. Trzeba wygrywac od czasu do czasu, rzadko, po to, by wiedziec, jak to jest, gdy krzyk nie zamiera ci w ustach, gdy rece same podnosza ci sie w gore, gdy skaczesz a masz wrazenie, ze to jakas antygrawitacja sama unosi cie w gore.

    A wiecie, ze smakuje jeszcze lepiej w druzynie. Gdy nagle wszyscy cie obejmuja, gdy ty obejmujesz wszystkich…
    I nawet to, ze inni rzucaja na scene jakies dziwne smieciopodobne przedmioty nie ma znaczenia.

    Jak to bedzie na naszych koszulkach: MOZE NIE JESTESMY DOBRYMI LUDZMI, ALE JESTESMY ZWYCIEZCAMI…?


    • RSS