staphre blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 6.2004

    Gdybym była przezroczysta, zrobiona, powiedzmy, ze szkła kwarcowego, rozszczepiałabym światło. Szła bym sobie ulicą i z jednej strony miała słońce a z drugiej tęczę.
    Ale…
    … gdybym była przezroczysta, ale miała kolor, powiedzmy butelkowozielony. Albo jakikolwiek.
    Rzucałabym wtedy kolorowy cień.

    Porzucałabym sobie kolorowy cień, tak w zasadzie.

    Odgarniam włosy z czoła bo mi przeszkadzają. Kolejny raz mam je ochote po prostu ściąć. I gdyby nie dwa drobne fakty, dziś po pracy poszłabym prosto do fryzjera.
    Pierwszy to taki, że jak patrzę na Mirandę Otto w Wiadomym Uwielbianym Filmie co Mi Się Wcale nie Podobał poza Morią i Seanem Beanem, to nie chcę mieć krótkich włosów.
    Drugi to taki, że wiem jak moje potrafią być uciążliwe nawet z perspektywą zgarnięcia ich w kitkę.

    Odgarniam włosy z czoła, bo się znowu czuję rozmarzona. Wiersz mi się w środku kołaczę, nasiąkam tym i owym, w głowie mi gada, widzę jakieś spojrzenie, którego nie ma.
    Odgarniam włosy z czoła, bo nie mogę ułożyć poduszek tak, by na nich zasnąć.
    Odgarniam, by znowu uwierzyć, że mam zielonoszare oczy.

    Jak to jest, że najszczęśliwsza jestem teraz, gdy jestem wyciszona i spokojna? Gdy mój starannie wymyślony, nierealny plan na życie wydaje się jedynym możliwym?

    „Ja nie kupuję książek z przysłowiami, ja nasiąkam kulturą. Można mi zarzucać, że posługuję się kliszami, kalkami, cytatami z Internetu, ale ja tego nigdy nie przywłaszczałem jako moje! Jestem kalką popkultury i się do tego przyznaję.”
    [Kuba Wojewódzki]
    Kalkuję tę wypowiedź z dwóch powodów. Po pierwsze, dlatego, że zapytałam kiedyś na czacie o odniesienia do kultury współczesnej w „Pasji” i powiedziano mi, że za daleko szukam. Po drugie dlatego, że czasami warto przeczytać nie za ciekawy wywiad dla ostatniej wypowiedzi.

    A poza tym… dlatego, że kiedyś się zastanawiałam, czy faktycznie da się nie nasiąknąc. Popkulturą. Kulturą w ogóle. Książkami („Fechmistrza” czytam), filmem („Żony ze Stepford” czekają), wydarzeniami (Euro2004, czemu nie jestem w Europie)… i w ogóle tym wszystkim…

    Czasami jedna, głupiutka rzecz powiedziana przez kogoś, gdzieś, jakoś zaboli.
    Czasami taka sama rzecz zostanie w pamięci i pozwala ci się cieszyć nawet, gdy coś jest nie tak.

    Nie ma znaczenia, kompletnie, że nikt nie pamięta, że dla nikogo więcej się nie liczy, że w ogóle nie słyszano, nie widziano, nie zwrócono uwagi.
    Ja wiem.

    Stefan został u dziadka. Muszę napisać z błaganiem o przesłanie mi go. Nie bardzo umiem żyć bez Stefana.
    Z kim ja mam teraz spać??

    Rzecz jasna, musialby cud mniemany sie stac, zebym miala wszystko po pierwsze bez problemow a po drugie nie pod gorke. Zaklad, ze nie tylko ja, niemniej dobrze, ze sie stalo pod gorke, bo jeszcze bym sie, nie daj Boze, przyzwyczaila, ze cos moze przyjsc lekko, latwo i przyjemnie.

    I zeby mi nikt nie mowil, ze przesadzam. Mojej mamy sie mozecie zapytac. To chyba rodzinne, bo obie tak mamy ;).

    Drżyj środkowa Kanado.
    Nadchodzę.

    Doskonale wiem, jak musiał się czuć John Cabbot. Teraz sprawdzam odczucia konkwistadorów.
    Mam nadzieję, że stan Manitoba jest na mnie przygotowany. Bo ja na niego jestem.

    Staphre i Sandler. Bowater, 425.
    P(Sandler).: To jaki miałaś dziś dzień? Stacey mówiła, że dobry.
    S(Staphre).: Nie wiem, czy dobry, wiem, że przynajmniej się coś wyjaśniło.
    P.: Znaczy wiesz już wszystko o konferencji?
    S.: Nie, zerwałam ze Snakem.
    P.: O… na dobrych czy złych (terms, no wkurza mnie jak nie wiem, jak nie umiem czegoś zgrabnie przetłumaczyć).
    S.: Na dobrych… znaczy powód jest, że jesteśmy zbyt różni.
    P.: Bo to prawda.
    S.: (oczy jak pięciozłotówki) Znaczy??
    P.: Nie jesteś gwiazdą rocka.
    S.: (zawiedziona, no kurcze a co ) Nie jestem?
    P.: Dzieki Bogu, w żaden sposób nie.

    Tak się człowiek całe życie o sobie czegoś uczy.

    Jakby zakopać komuś środek w popiele, jakby osłonić przed zepsuciem, czuciem, strachem i innymi ludzkimi rzeczami to może by się i uchował, ale co to by było za życie. Nie na darmo uważam „Miasteczko Pleasentville” za jeden z moich ulubionych filmów. Żeby mieć kolory trzeba przejść przez wszystko.
    Najwyraźniej przez czas taki jak ten też.

    Nie zmienia to faktu, że z wrodzonym sobie i tylko sobie poczuciem nie wiem jeszcze czego, dolinie, która chamsko i perfidnie atakuje, gdy ja powinnam być skoncentrowana, radosna i otwarta na nową przygodę, mówię „NIE”.
    I niech se nie myśli, że pogra ze mną jak rok temu w kwietniu.
    NIEDOCZEKANIE.

    Dlatego też nie uprasza się o wyrozumiałość. Jeno o ewentualny OPRL. Bo nic się nie stało. Tylko się dolina mi rozlałą na terenie.
    Na szczęście teren zagrożony opuszczam w sobotę. Na osiem dni, niemniej jednak.

    W głowie zamiast ciągu słów układających się w myśli mam ciąg literej układających się w jakieś „jegjperwfjidfjrdifhgffymtg” albo „anbsbcgjmittcxuvmpei2qmprt”.

    Że nic mądrego z tego nie wyniknie to i ja wiem.

    Nad nanorurkami umiem ślęczeć i nawet w miarę potrafię zrozumieć procesy sprawiające, że różnie reagują w różnych środowiskach.
    Ale teraz chwilowo jestem w takim stanie, jakbym była blisko Dementora. Nie z powodu pracy bynajmniej.
    I rzecz jasna, to przejdzie.

    Po cichu muszę się wycofać z tego Azkabanu.


    • RSS