staphre blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 8.2004

    Dokładnie rok temu, ok 5:15 wylatywałam z Polski. Dokładnie rok temu. W głowie mi się nie mieści.

    Cały dzień dzisiaj, może dlatego, że nie wieje, nie zwiało mi z ust zapachu, nie rozproszyło smaku. Dłoń mi pachnie cudzą dłonią, usta smakują innymi ustami.
    Wiedziałam wcześniej, że tak można, nie odkryłam żadnej nowości.
    Ale…
    Jest jedno ale. I aż się naprawdę boję myśleć co to może być.
    Jestem tak bezwstydnie szczęśliwa, że doskonale rozumiem co miał na myśli tłumacz w czasie pisania tej linijki „Błękitnego zamku”.
    I, z braku Kamyka, Iki, Wiolika czy Brydzi, muszę się posiłkować resztką zdrowego rozsądku i sama z siebie kpić.
    Wychodzi. Tylko że ta kpina… co to za kpina… Blada jakaś wychodzi. Mogę się tylko skrzywić. I albo zacząć myśleć albo się leczyć.

    Albo pozwolić sobie być zakochaną.

    Jakby ktoś nie wiedział, to ta prześlicznie uśmiechnięta Polka, która wczoraj zdobyła w Atenach złoto w pływaniu na dystansie 200m stylem motylkowym ma na nazwisko „Dziendrezejczak”.

    Co mi dostarczyło jeszcze jednego, bardziej wrednego powodu do nabijania się. No nie mogłam się powstrzymać.

    I ani się ważyć nabijać z polskich komentatorów za niepoprawne wymawianie angielskich nazwisk.
    Bo podam więcej przykładów.

    PS. Po chwili: pływak Paweł i chodziarz Robert to dla komentatora tutaj ta sama osoba.

    Może i bycie zbalansowanym i zrównoważonym jest nudne i przereklamowane, ale ja bym czasami chciała. Choćby po to, by nie być rano szcześliwą a wieczorem zaryczaną (bądź odwrotnie, choć już naprawdę wolę odwrotnie) bez żadnego powodu.
    Nawet mnie ciacho wkrewia, bo sie nie chce od papierka oderwać.

    Waniliowo – czekoladowy. Z chłopakami z biura, Markiem, dr. Masonem. Z kawą i herbatą, wśród uśmiechów.
    Waniliowo – czekoladowy, w zasadzie na jutro tutaj, na dziś już w domu.
    Muszę zapytać Mamy, jak wyglądał 13 sierpnia 1980 roku.

    dni i noce

    2 komentarzy

    Jutro. Tak w zasadzie za trzynaście i pół godziny, niemniej jutro. Nic wielkiego, nic niesamowitego. Żadnych, kompletnie żadnych przemyśleń, rozważań i podsumowań.
    Poza jednym: wskoczyłam wczoraj ubrana do Long Pondu.

    Działa na poprawę humoru i utwierdzenie Berta w przekonaniu, że jestem nienormalna.

    Rozumiesz, że ci brakuje paru osób ze zdjęć nad łóżkiem, gdy komuś Bardzo Miłemu stąd czytasz cytat z książki a on się na ciebie patrzy i mówi: „No ale o co chodzi, co to znaczy?”
    No i wiesz, że nie mogłabyś się z tym kimś „nudzić nie wiedząc o tym”.
    Aż mi się chce powiedzieć KURDE. KURDE. Ech.

    Sometimes you have to go halfway around the world to come full circle.

    I nawet jak spadnie deszcz i zmoczy cię cała, łącznie z czarną bluzą z kapturem, którą zabrałaś na wszelki wypadek, i nawet jak ci będzie chlupać woda w sandałach, i nawet jak się ci zrobi trochę chłodno, mimo kawy w Classic Cafe… i tak wszystko będzie w porządku.

    Aż strach pomyśleć co sobie teraz myślę o tym wszystkim.

    Z grejpfrutów najbardziej lubię te białe, gorzkie środki. Z pomarańczy najbardziej nie lubię skórki.

    A w ogóle to mi ostatnio chyba gorzej, znaczy lepiej ale gorzej, co w moim przypadku generalnie oznacza, że chyba muszę pójść dziś na mega długi spacer. I mocno, mocarnie pomyśleć.

    Dlaczego, jak już w końcu mam opinię lekko gorzkiej osoby i zaczyna mi nawet pasować, może poza lekkimi brakami wieczorem, to staje się coś tak niesamowicie słodkiego, że aż mi wstyd, że właśnie mi się coś takiego przytrafia.

    Ja sie prawdopodobnie definitywnie powinnam leczyć.

    A w ogóle i na marginesie: gdzie jest Malfa, do jasnej anielki.


    • RSS