staphre blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 11.2004

    Bywa, że jest tak krzywo, że się żadną miarą nie da wyprostować. I nie wiadomo co i nie wiadomo jak.
    Bo niby nie blisko, bo niby mało się znało, niby nie te fale, nie ten język, nie te zainteresowania, nie to podejście do życia, nie te wartości, nie takie wierzenia.
    I co z tego. Tym gorzej. Bo się nie zdążyło, bo się nie chciało bo się zdawało, że w sumie nie ma znaczenia.
    Pewnie nie miało. Tyle tylko, że tak… krzywo.
    Niech się chociaż tam wujek głośno śmieje. Coby się dało słyszeć.

    Ty
    wychodząc z domu
    podnosisz głowę, by stwierdzić,
    czy śpię.
    Choć oddechu nie słychać,
    tylko wiatr i szum morza.
    Ty
    przekęcając klucz
    spoglądasz przez ramię, by zobaczyć
    jak wyglądam.
    Choć mgła się rozpościera,
    i w prognozie widoczność zero.
    Ty
    zmywając naczynia
    odchylasz żaluzje, by zajrzeć
    jak piszę.
    Choć ciemno choć oko wykol,
    jaśniej dopiero koło Grenlandii.
    Ty
    układasz się do snu
    na prawym boku, by popatrzeć
    na mnie przed zaśnięciem.
    Choć ocean, pół kontynentu
    i trzy ściany po drodze.

    Ja przyrzekam, bez względu jak wiele mnie to będzie kosztować zostanę posiadaczką TEJ piosenki.
    Bo znowu zaczynam na maksa czekać. W zasadzie to już jutro mogłabym sobie kalendarz adwentowy kupić.

    Co zresztą chyba zrobię.

    No więc niech mi ktoś powie jak to jest z uczuciami, grą, wyjawianiem, wierzeniem i ogólnie patrzeniem ze wszystkich stron.

    Bo z Mirkiem właśnie mam rozmowę o mężczyznach i kurde nie pamiętam kiedy się ostatnio tyle dowiedziałam.

    Ale jeszcze nie wiem wszystkiego. Nie wiem nawet połowy. Wiem bardzo mało. Porażająco mało.

    Jako, że nie mam prawa narzekać, denerwować się i frustrować, jako że robię pracę dodatkową, dopłacaną, docenianą i chcianą – czuję się potwornie niedojrzała i jęczypalska marudząc, ale:
    aaaa… niech mnie ktoś pocieszy i się nie gniewa że nie jestem za szczególnie rozmowna.

    Tu jedenasty listopada rozrzuca się makami. Makami w klapach, na kołnierzykach, makami o czarnych środkach i bardzo trwałych płatkach, makami na szpileczkach.
    Sama mam jednego.

    Tu jedenasty listopada jest podobny do naszego pierwszego września. Zadumany, pełen wspomnień i wdzięczności.
    I zdziwnienia, jakim cudem w niektórych krajach traktuje się ten dzień jako święto niepodległości. Jakbyśmy nie mieli innych dat.
    Na czczenie niepodległości, zdaje się, nie mamy.

    Codziennie rano, od jakichś czterech tygodni mam pragnienie posiadania sukienki. Nie bylejakiej sukienki.
    Brązowej sukienki z długimi rękawami, w której się można bezproblemowo i natychmaist przenieść wiek do tyłu i nie wyglądać śmiesznie.
    Prościutkiej, najprostszej na świecie.

    Tuż za tym pragnieniem podąża wyobrażenie sobie samej siebie w takim ustrojstwie. Rzecz jasna, póki nie spojrzę do lustra jestem wysoka, wiotka, ruda i w ogóle. Zamieniam się w muzę, przyczynę wszystkich wierszy i coponiektórych obrazów. Na chwilę, dosłownie na sekundę. Dwie. Na chwilę.
    Dopóki nie stwierdzę, że sukienki nie mam, wysoka nie jestem, blada tylko jak przestraszona, wiotka to nawet nie wiem kiedy, wiersza nikt dla mnie nie napisał (niestety), a malować nikt mnie nie chce (na szczęście).
    No ale przez tę chwilę… Dagna Przybyszewska może się schować. Przez tę chwilę tylko, ale zawsze.

    Zapalam świeczki. Wśród setek blogowych notek o zadumie i wspominaniu, ja zapalam w głowie świeczki inspirowana pustymi cmentarzami. Cmentarzami, nad którymi wieczorem nie będzie żadnej łuny, cmentarzami, na których tylko wczoraj w nocy portowe duchy urządzały spotkania i po których hulały w tę jedną możliwą noc.

    Zapalam świeczki. Nie myślę jednak nad kruchością życia i ulotnością wszystkiego, co nas otacza. Opieram głowę o dziadkowe ramię w brązowym swetrze. Budzę się by zobaczyć starszego pana, palącego papierosa i poprawiającego mój kocyk, jem kanapkę podaną mi przez babcię Kazię. Śmieję się razem z Mateuszem i gram w karty z dziadkiem Mundkiem.

    Cieńsza granica ma swoje wady. Można się przestraszyć. Ale ma też zalety. Można jeszcze raz poczuć.


    • RSS