staphre blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 1.2005

    Mam taki wykład, który się nazywa „Fotonika”. W szczegóły nie wnikajmy. Wniknijmy w strukturę klasy. Jest nas osiemnaście osób, szesnaścioro z nas przyjechało do Najbardziej Zapadanego Miasta Świata z Azji.
    Ja nie. I Chris też nie.
    Więc stanowimy na tym wykładzie wyraźnie rzucającą się w oczy mniejszość.
    Zwłaszcza, że profesor, może nieco wcześniej, ale też z Azji przyjechał.
    Z Chin dokładnie.
    No i ja nie jestem rasistką. Chris też nie. Jest to, nie powiem, doświadczenie ciekawe, może nieco inaczej pozwalające spojrzeć na przemiany, na przyszłośc i na inne zjawiska socjologiczne.

    Pomijam fakt, że nikt się do nas nie dosiądzie, nawet gdy miałby w trzyosobowcyh ławkach siedzieć na czwartego. Może nie wyglądamy za sympatycznie, acz jakby ktoś zobaczył Chrisa to by nie uwierzył, że chłop ma choć jeden zły zamiar.
    Ostatnio w ławce, którą zajmujemy ktoś już siedział. Weszłam i mówiąc uroczo „HAJ” usiadłam sobie koło niego.
    Spojrzał.
    Zebrał swoje rzeczy.
    I zmienił mniejsce.
    Zaczął opowiadać coś swojemu nowemu sąsiadowi pokazując mnie palcem.
    Jeszcze dobrze, że wskazującym, nie jakimś innym.
    I się zaczęłam zastanawiać. Że może niepachnę zachęcająco, bo się kąpię niepoamerykańsku PRZED pójściem spać. Że może miałam jakiś napis na koszulce co mu się nie spodobał („dziewczynka”). Że może w ogóle jestem niefajna i ucieka się ode mnie. Że może mam widoczne oznaki jakiejś choroby zakaźnej typu trąd.
    No nie wiem.
    A potem doszłam do wniosku, że się nie przejmę (przejęłam się). I że nie będzie mi przykro (nie było).

    Bo pies drapał różnice kulturowe, obyczajowe, społeczne i socjalne, gdy ktoś się zachowuje jak… no właśnie. Jeszcze stwierdzić cham, czy już powiedzieć rasista?
    Czy może w ogóle nic nie stwierdzać tylko przyznać rację Markowi (niedoczekanie), że barier kulturowych nie NIE DA przełamać?

    I bym sobie nawet chciała pożartować na ten temat. I się nie da. Bo natychmiast się robię niepoprawnie polityczna i rasistowska.
    To wy się zastanówcie, bo ja nie wiem.
    Poważnie.

    Któregoś dnia obudziłam się w nocy stwierdzając, że mam tyle lat ile mam a nie mam ani medalu olimpijskiego, ani oskara ani Złotej Palmy ani nagrody Nike. I tak sobie leżałam i myślałam czego jeszcze nie dokonałam.
    I coby mnie to wprawiło w nastrój radosny i pełen szczęścia oraz wpłynęło dodatnie na moje samopoczucie to nie powiem.
    Przez parę dni uzbierałam całą listę rzeczy, których NIE mam, NIE wiem albo NIE jestem pewna, NIE zrobiłam, NIE widziałam i w ogóle, które w zasadzie robią ze mnie osobę dryfującą gdzieś tam przez życie nie pozostawiając po sobie żadnych niekamiennych pomników.
    Czyli przeraziło mnie, ogólnie rzecz ujmując, że jeśli kiedyś umrę – to całkowicie i kompletnie.
    Co z perspektywy Lucy czy Louisa może wcale by takie złe do końca nie było.
    Niemniej lista została stworzona. I tak nie mam:
    już wspomnianego Oskara (Złotej Palmy, berlińskiego Niedźwiedzia, gdańskich Lwów, Złotej Żaby (żadnej zresztą)…),
    medalu olimpijskiego (którego w sumie nie chcę TAK bardzo, ale jak patrzę na czternastolatki skaczące przez kozły, skrzynie i fruwające nad matami to się zastanawiam, dlaczego ja musiałam się na wuefie uczyć jakichś kroków tanecznych a potem rzucania meganiewygodnymi przedmiotami typu piłka lekarska),
    mieszkania,
    samochodu ani nawet prawa jazdy (to wiem czemu, stwierdzam jeno fakt),
    męża (j/w),
    nagrody Nike (bo nie mam również opublikowanej książki),
    pojęcia bezwzględnego co ja bym w zasadzie chciała w życiu robić
    pojęcia GDZIE bym chciała robić to, czego jeszcze nie wiem, że chcę
    .
    .
    .
    No i ogólnie było tego więcej, ale dziś rano przed lustrem, gdy pokrywałam sobie powieki srebrnym cieniem (ha! wiem Oczy Niebieskie, wytapetowane nastolatki i te sprawy ale ja nastu lat też już nie mam) doszły do głosu rzeczy, które mam.
    No i one mnie generalnie nastroiły do życia na plus.
    Bo mam:
    dwadzieścia cztery lata (i to jeszcze przez najbliższe pół roku z minutami),
    magisterkę z fizyki (no co),
    mamę, która do mnie pisze codziennie maila,
    dwie babcie, które mają niesamowite układy ze światem i jego szefostwem,
    nienormowany czas pracy (co mi się zawsze kojarzyło z jakąś wolnością, czego by nie mówili),
    szefa mądrzejszego ode mnie,
    przynajmniej cztery pomysły na to, co bym mogła w życiu robić (czy się nadaję to się nie przekonam, póki nie spróbuję,
    kogoś, kto chce przyjechać na wakacje,
    zielone oczy
    rude włosy (a kiedyś nie miałam a niewypadało farbować),
    water fitness dwa razy w tygodniu, siłownie raz i jogę raz (miałam w tym tygodniu, powiedzmy że się będę tego lub czegoś zbliżonego trzymać
    własną kolekcję książek (nie że tysiąc czy coś, ale sporo jak na kogoś kto dopiero zaczyna obrastać we własne dobra i niedobra materialne),
    lodówkę (w niej mleko i trzy czekolady, ale czy ktoś ma z tym problem?),
    zapał do pracy (nie że to się może zmienić w każdej chwili ale JEST więc odnotowuję)
    poczucie humoru (bo jak nazwać fakt, że tylko nabijanie się ze mnie wyprowadza mnie ze stanów zawahań, dolin i tego typu rzeczy),
    czas by się zestarzeć a w międzyczasie coś odkryć
    głupawki
    osoby do dzielenia głupawek

    I w ogóle mam wszystko to, co mi jest do życia potrzebne.
    No może poza płytami Dżemu, rowerem, metrem siedemdziesiąt (TAK! wiem, dyskusyjne) i tym wszystkim co jest tam powyżej w notce.
    Notce niestaphrowej, ale najwyraźniej potrzebnej.

    No więc jak spadnie śnieg w porze wichrowej, a potem napada na niego marznący deszcz to ja przez ulice do pracy idę nomen-omen 10 minut.
    Albo równie długo, na tyle, by zmoknąć, zmarznąć i obiecać sobie używać tuneli skoro już są dopóki ktoś nie zawiesi słońca.
    Albo choć nie wyłączy wiatru.

    A Lost in Translation nastrój, rzecz jasna nie przeszedł niezauważony. I – choć nie wiem jak to ująć – zauważony został nie tam, gdzie trzeba, przez kogoś_zupełnie_niespodziewanego,
    zaskakująco rozszyfrowany i pięknie podsumowany. I nawet nie wiem jak się stało, że istnieje, ale tak tajniacko i bez zakłóceń.
    Współistniejemy sobie.
    I jakoś nam tak razem nie najgorzej, stwierdzam.

    Bezsenność.

    Lost in Translation humor. Może Eternal Sunshine of the Spotless Mind? Może Leon. Coś przecież powinno pomóc. KillBill czasami działa.

    Z głowy się czyta i w głowie gada. Kreatywność tuż za rogiem, gdzieś w jakimś zakamarku świadomość, że jak się nie śpi to może coś stworzyć.

    Bezsenność.

    Lost in Translation nastrój. Strach przed włączeniem Requiem for a Dream, niechęć do patrzenia na DieHard. Czegoś ciepłego, znanego, bezpiecznego.
    Ale i żeby kazało pomyśleć a najlepiej poczuć.

    I w ogóle co ja zrobię jak mi się książki po polsku skończą?

    Więc raczej pogodzę się z faktem, że nie jestem zdolna i nie wymyślę sama dowodu na to że A do potęgi p minus jeden, gdzie p jest liczbą pierwszą, daje nam identity element niż się przyznam, że sprawdziłam tenże dowód w sieci i polecę z nim do tablicy.

    Tak, nie powinno mnie to przecież frustrować.
    Tak, powinnam być PONAD TO i MIMO TEGO, dodatkowo powinnam radośnie podchodzić do faktu, że patrzę TAK A NIE INACZEJ. I jestem po prostu w tym miejscu: TUtuTu .
    Ale, kurde, nie mogę. Bo się od razu czuję tak, jak w liceum, gdy Ewelina zrypawszy od kogoś zadanie radośnie zgłaszała się z nim do tablicy. [@#$%^&* i czaszka+piszczele].
    I tak, inny glob, inne czasy, inne obyczaje, ZUPEŁNIE inna osoba i takie same poczucie nie wiem czego.

    To ja może wrócę do pierwszego rozdziału mojego volume II?.

    Pan Bóg nie uczynił mnie wysoką i wiotką, natchnioną, nie zrobił ze mnie muzy poetów ani inspiracji malarzy. Nie dał mi pragnienia walki o drzewa i lepszy porządek w świecie na skalę większą niż własny ogródek i lubienie sąsiadki. Nie obdarzył mnie charyzmą do przekonywania tłumów, że ja tu mam rację i za mną w dym albo w kolejną Rzeczpospolitą. Nie podarował mi głosu Marii Callas, talentu pisarskiego Sapkowskiego.

    I do tego wszystkiego nie uczynił mnie trędi.

    I jak co do wszystkiego się mogę spierać, starać się zaakceptować i przyzwyczaić, jak pozostaje mi wierzyć, że jest to częścią jakiegoś planu tak za ostatnie jestem mu tak niezmiernie wdzięczna, że chyba tylko On sam jeden ma pojęcie.

    Wczoraj odczuwałam nieodpartą potrzebę pobrykania. Rzecz jasna wszystkie łąki są zawalone śniegiem (dziś jakąś rozmokliną) i pobrykać nie ma gdzie. Już nawet sobie chciałam po łóżku poskakać, gdy uświadomiłam sobie, że biedna Janice pode mną jeszcze pomyśli, że jakieś brewerie wyprawiam albo, co gorsza się zestresuje. No i z pobrykania nici. Nawet nie nici tylko nic. Zapewne teoria grup nie ma mi tego za złe (odkryłam, że energię można spożytkować na rozumienie własności grup Abelowych, acz kończy się ona wówczas niespodziewanie szybko).
    No i do pobrykania nie doszło. Dziś pewnie też nie dojdzie, acz bądźmy dobrej myśli, a nuż widelec coś się stanie i roztoczy się przed nami wielka łąka, pełna kwiatków, trawki i miejsca do pobrykania.
    Chyba bym się, co prawda, upalić musiała wcześniej. Albo już kompletnie upaść na głowę.
    Mając świadomość, że to drugie w moim przypadku jest owielebardziej prawdopodobne.

    dzień trzeci

    1 komentarz

    Jak się najbardziej zapadane miasto świata przykryje piętnastocentymetrową warstwą śniegu (rano jeszcze białego, nierozjechanego i w niczym nieprzypominającego szarej ciapy) stanowczo poprawia się mu wygląd. Nie żeby wygląd był ważny (hehe) i bym umiała pokochać tylko za to jak się wygląda, ale patrzenie na coś niezaprzeczalnie pięknego… No właśnie.

    No a do domu rzecz jasna tęsknię. Co się przejawia tym, że czytam wieczorem do zamęczenia, do padnięcia, do zamknięcia oczu samoczynnie, żeby nie myśleć przed zaśnięciem.
    I już prawie zapomniałam przez te trzy tygodnie, że Shawn kurna siorbie jak pije kawę.

    W obie strony patrzę, na wszystko spoglądam jednocześnie. Tak, może dobrze że tego czerwonego wina z Baśką było właśnie dokładnie tyle.
    W obie strony, czasowo, przestrzennie, pokoleniowo. We wszystkie kierunki, z jednej aniowej perspektywy.

    No to ja patrzę. A i wy się porozglądajcie.


    • RSS