staphre blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 4.2005

    Powiedzmy sobie szczerze. Powinnam się zamknąć na miesiąc w dźwiękoszczelnej kabinie z komputerem, książkami, nieskończonymi dostawami kawy, wody oraz soku pomarańczowego, z internetem pokazującym tylko strony ściśle fizyczne, bez obrazków o ile nie są schematem lub wykresem. Oraz kompletnie BEZ LUDZI.

    Dla rozrywki mogę sobie chodzić do kibelka.

    Wtedy napiszę pracę. Więcej niż stronę dziennie. Wtedy przeczytam artykuły. Więcej niż pół na raz.
    I wtedy się wykształcę.
    Ewidentnie.

    A tak poza tym: jestem już dojrzała i bogata. Po raz pierwszy fiskus nie zwraca mi podatku a ja mu muszę dopłacić. Jakoś mnie to nie podłamuje i nie wkurza, tylko eee… no… klasyfikuje do tej powyższej kategorii.
    Jak jeszcze będę wykształcona i znowu interesująca stanę się idealnym materiałem na przebojową singielkę.
    Bądź nowoczesną żonę. Co tam komu pisane.

    Będę miała więcej niż jedno okno do wyglądania, gwoździe w ścianach a na nich obrazki, beżowe ściany z czarnobiałymi grafikami, kuchnię w cegłówkach, łazienkę z wielkimi oknami i zasłonami w kwiaty. Będę miała kwiatki na parapetach i w ogóle to wszystko o czym marzy się tam, gdzie zaczyna się mieć dosyć nie własnych, wynajmowanych, akademikowych, studenckich i takich tam.

    I nie będę się musiała co rusz przeprowadzać.
    Ale będzie uroczo.

    Od myślenia w środku nocy robią się normalnie dziury w głowie. Tak myślę. Z nocnego myślenia najogólniej nic dobrego nie wynika, trochę rozmów na dwie głowy, trochę dialogów na cztery nogi, trochę marzeń, może trochę snów, na pewno nieco frustracji i pytajników.
    No dobra, conieco zdań do napisania.

    Ale najogólniej rzecz biorąc myślenie nocą jest BARDZO szkodliwe, dochodzę do wniosku.

    Bo ja sobie na przykład myślę, że w taką noc jak dziś bym mogła wszystko. I że dom bym chciała mieć co bym sobie przed nim mogła sadzić tulpany i żonkilki. I cobym sobie za nim mogła marchewkę uprawiać. Albo malinki na krzaczkach. I drzewka z owockami sadzić…
    Ale myślę też, że zima kiedyś musi minąć, się zazieleni, kilka drzew urośnie.
    Myślę też że największe twardziele się boją najprostszych słów.
    I że najgorsze to na środku drogi nie na szczycie, nigdy ostatni i nigdy pierwszy jakby się śniło życie.
    Teraz powinnam referencje na końcu notki w dziale literatura dołączyć, coby nie było, że plagiat uprawiam.
    Powołam się na Kubę Wojewódzkiego wtedy.
    No nie powinno się myśleć w nocy. W nocy na przykład przychodzi do mnie natręt, że może trzeba było wieść spokojne życie na wsi, hodować kurczaki i robić na drutach. Albo że na przykład trzeba było wszystko ćpnąć i pracować jako kelnerka w Paryżu. Że może opcją byłoby bycie misjonarką w Burkina Faso.
    Natręt również sugeruje zakupy typu brązowy sweterek co w sklepach nie ma, bo idzie wiosna i wszystko jest różowe oraz zielone z pomarańczem a spódnice mają długość co mnie skraca i poszerza jednocześnie i nie wiem w sumie co ja mam zrobić.
    Naprawdę zaczne w spodniach chodzić. I się przerobię na blond cobym mogła w różu.
    Chyba bym na swój widok zawału dostała.
    No mówiłam nie wolno myśleć w nocy.
    Gdzie się to wyłącza?

    Potrzeba mówienia po polsku przybrała wczoraj rozmiar nieopanowywalny. Ósma trzydzieści wieczorem, środek nocy w domu, zero możliwości skorzystania z tej opcji, nieobecna Justyna, jakiś naburmuszony Marek. Mogę sobie pomówić po polsku do książki Sapka, mogę, rzecz jasna pomarudzić nic nie rozumiejącym nowofunlandczykom, mogę ewentualnie pogadać do siebie.
    No masakra.
    Nawet mi się usta w angielskie słowa nie chciały składać. Wcale a wcale. Swój akcent słyszałam pięć razy bardziej niż normalnie, polskie słowa jakoś dziwnie pasowały do konwersacji no i w ogóle coś nienormalnego.

    A tak poza tym to mam bardzo dużo prania i się zastanawiam, kiedy mi się to wymknęło spod kontroli.
    Oraz czy jest możliwe by faktycznie posiadać za dużo ubrań.
    Ze szczególnym wskazaniem na gatki.

    W dzień końca świata
    Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
    Rybak naprawia błyszczącą sieć.
    Skaczą w morzu wesołe delfiny,
    Młode wróble czepiają się rynny
    I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.

    W dzień końca świata
    Kobiety idą polem pod parasolkami,
    Pijak zasypia na brzegu trawnika,
    Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
    I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
    Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
    I noc gwiaździstą odmyka.

    A którzy czekali błyskawic i gromów,
    Są zawiedzeni.
    A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
    Nie wierzą, że staje się już.
    Dopóki słońce i księżyc są w górze,
    Dopóki trzmiel nawiedza różę,
    Dopóki dzieci różowe się rodzą,
    Nikt nie wierzy, że staje się już.

    Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
    Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
    Powiada przewiązując pomidory:
    Innego końca świata nie będzie,
    Innego końca świata nie będzie.

    [Piosenka o końcu świata, Czesław Miłosz]


    • RSS