staphre blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 11.2005

    Jestem dziś w nastroju: proszę dzwonić jeśli kto chce porady.
    Nie mam dzwonka.
    W ogóle pukać też nie musicie. Jakoś po weekendzie nie mam specjalnie ochoty nikogo oglądać. Przekonanie jedenastu nietrzeźwych chłopców, żeby sobie poszli do domu i nie sprali mi studenta o trzeciej nad ranem oraz informacja, że w dobie równouprawnienia można oddać dziewczynie, która cię trzasnęła w twarz za to, że rozpowiadałęś szczegóły na temat waszego intymnego pożycia zupełnie odebrały mi jakoś chęć do przyjmowania wizyt.
    Wiec proszę dzwonić.

    Fanów w ogóle przepraszam, nie będzie wydumanych metafor i przemyśleń. Dzisiaj mamy odcinek z życia codziennego.
    Mogę wam powiedzieć, że lubię obiad w poniedziałek, bo mi zawsze zostaje z niedzieli i muszę tylko podgrzać. Mogę was również poinformować, że tych jedenastu sobie poszło (mediacje uprawiałam w pidżamce w bombki i kapciach) i studenta mi nie sprało. Oraz , że gościu dziewczynie nie oddał, ale wierzy w równe prawa i żałuje, że tego nie zrobił. W ogóle po raz pierwszy w życiu spotkałam chłopaka więcej niż trzyletniego skarżącego się, że go dziewczyna uderzyła. No dobra, drugi jeśli liczyć „Seksmisję”.
    Ciekawe, czy Snape miał ze Ślizgonami takie same problemy? Jakoś Rowling opuszcza te kawałki. Wybiórczy ten Harry Potter.

    Mogę was poinformować również, że idę zaraz z ryżykiem pod kocyk. Jeszcze nie wiem, czy będę czytać Harry’ego czy oglądać Rocky’ego.
    I że gwiazdkę sobie na okienku powiesiłam świateczną. I lampki.
    Oraz, że rozmiar kurzych biustów sprawia, że wyobrażam sobie kury co te biusty posiadają. I moja wyobraźnia nie koreluje z dziecinnym wspomnieniami, gdzie kury sięgały do moich pięcioletnich kolan.

    Dobra idę.
    Bo mi się ryż przypali. A tego żadne cynamonowe świeczki nie zabijają. Trzeba wietrzyć.

    Wiedziona ogólną atmosferą amerykańskiego święta dziękczynienia, zbliżającego się adwentu oraz rozmową z tym i owym wiem, że wśród wielu rzeczy jestem wdzięczna za jedno.
    Otóż jestem wdzięczna za to, że jak miałam czternaście (14) lat blogów nie było.

    Melduję posłusznie stop że na froncie wschodnim bez zmian stop na zachodzie sytuacja wyjaśniona stop wiem więcej stop widzę więcej stop chyba dorośliśmy nieco stop.

    Po prostu „Both sides, now”.

    Nie wiem, czy z poczuciem humoru to się człowiek rodzi, czy sobie je wyrabia czy może po prostu listopad się spakował gdzieś polazł toteż odpowiedzialnie zajął jego miejsce ciepły wrzesień niemniej nagle wiem, że przecież sobie ze wszystkim poradzę.
    Jak zawsze zresztą.

    I nawet wierzę, że mnie AIR CANADA z LOTem nie zostawią w Heathrow z bagażem tudzież bez niego. Cuda się zdarzają.
    Od czasu do czasu.

    Oczywiście nadal nie wiem, co z tym Gaussem zrobić, pracę dla Grincha też wciąż mam, choć już wcale nie jestem taka pewna czy bym zleciła całe czy może tylko po 25 grudnia tak… Ale jakoś to wszystko składam do kupy, siebie na czele, śmieję się już nawet ramionami, nie tylko ustami i nawet niosę moralne wsparcie smutnym studentom.
    Co, JA nie dam rady?

    Niedoczekanie.

    19:04. Edycja. Zapadł wieczór, skończył się wrzesień, listopad wrócił z sinej dali, do domu daleko, ciemno, cicho i w ogóle nie pytajcie.
    Licho no. Tak generalnie.

    Doskonale wiem, że życie jest jak pudełko czekoladek.
    Niemniej chwilowo po prostu brakuje kamieni.

    Zbieram myśli. Czynność ta zajmuje tyle czasu i energii, ile potrzeba by już nie produkować nowych, ile wystarczy by jeszcze raz psychicznie wygrać, ile należy by spokojnie wznieść kawałek muru i się za nim, choć na chwilę ukryć.
    Tak na teraz.

    Zrywam się z pracy i idę na spacer. Łapię jakieś ochłapy słońca łaskawie zapodane przez listopad. Obmyślam zaskakujące zakończenie siódmej części Harry’ego Pottera, prezent dla Klaudii, strój do kina, sposób na wykazanie jak pole powierzchni pod krzywą Gaussa zależy od szerokości połówkowej. Na więcej nie starcza drogi wokół jeziora, przy czym przyznaję się, że to wymyślanie zakończenia zajęło mi najwięcej.

    W ogóle nie ryczę. Te dwie łzy przed kompem i ta jedna w autobusie w ogóle się nie licza. Nawet mi się makijaż nie rozmazał.

    Telefon podrywa mnie jak dawno, nie wierzę, staram się zrozumieć, ze wszystkich stron ciemno i za bardzo nawet nie wiadomo z której strony przyjść.

    Mam jednak ten luksus, że drzwi do mieszkania otwieram bez strachu. Luksus, bo inni płacą za to bardzo drogo.

    Niektóre rzeczy,
    niektóre
    to są po prostu tego wszystkiego niewarte.

    Szestasty listopada niepewny, krzywy i jakiś taki zimny acz słoneczny sam sobie wziął i rozwiązał coponiektóre dylematy. Nad domem powiesił chmurę, na jutro zapowiedział im śnieg. Zmroził wszystko i wszystkich, wywiał wszystko co jeszcze do wywiania zostało. Na koniec zapadł spokojną nocą, głęboką, cichą i na bank bezsenną.

    Słucham Pidżamy Porno. Bardzo, bardzo, bardzo głośno. Coś tam zagłusza, coś tam przywołuje, coś tam trąca i jakoś tak ogólnie nastraja, czyli jako muzyka spełnia swoje zadanie.

    Wizę mam w paszporcie, wizję wyjazdu nawet nawet. Jeszcze tylko jedno zostało, ale to musi przyjść samo.

    Moje ukochane pierwsze czarne martensy obchodząca – nota bene – dzisiaj siódme urodziny oznajmiły mi wczoraj, że proszę pani czas na wymianę na nowszy model.
    Myśmy się już napracowały. Siedem lat, wiosna, lato, jesień, zima, deszcze, słońca, autobusy i tramwaje, drogi na Naramowice i przez Różane Potoki, Bejo nas pogryzł, na koncercie nas zdeptano niejednym, dobrze żeś na pielgrzymkę w nas nie poszła.

    Fakt, przez siedem lat nosiłam je na zmianę z brązowymi mniej ulubionymi nieustannie.
    Brązowe stanowczo rzadziej. A i tak się spsuły wcześniej bo im z tyłu na zapiętku szew puścił (co się jeszcze okaże co pan Wieczorkiewicz da radę z tym zrobić).
    No a czarne pękły. W mało widocznym miejscu, tajniacko, niestety nienaprawialnie.
    Wobec tego dziś idę kupić nowe buty. Nie wytrzymam do przyjazdu do domu. Niestety.
    Teraz będę jednakże przez siedem lat wozić z nimi z miejsca na miejsce BO PRZECIEŻ NIE WYRZUCĘ.

    Tęsknię za Poznaniem.

    Za bezlistną aleją kasztanową wzdłuż trasy „dziewiątki” i „jedenastki”.
    Za skrótem między Różanym Potokiem a Naramowicką, gdzie już jeździ tylko „67″.
    Za autobusami z przegubem.
    Za Mostem Teatralnym z którego niby to widać tylko nowy i stary Poznań, a tak naprawdę tylko tory „do domu” i „do Kamy”.
    Za winobluszczem na Wieniawskiego.
    Za IKEĄ co już jest tak daleko od Kopernika, że dalej się nie da.
    Za zieloną budką.
    Za Maltą i jej wodą niespecjalnie zachęcającą do kąpieli.
    Za przytłaczającymi Ratajami.
    Za ławeczkami na Rynku. Za gołębiami nie, ustalmy.

    Tęsknię za Poznaniem.


    • RSS