staphre blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 1.2006

    Nie będzie praca domowa z Mechaniki Statystycznej pluć mi w twarz.
    Mogę jej pokazać innych kandydatów do oplucia, jeśli już tak koniecznie musi.

    Nie lubię kwasu fosforowodorowego HF o stężeniu 49%.
    Nigdy się nie przyznawaj, że nie masz nic przeciwko pracy z chemikaliami bo się nagle okaże, że wszyscy inni mają dziwne fobie.

    Za laboratorium z elektroniki też nie przepadam.
    To wszystko przez tego pana co z nim miałam zajęcia na drugim roku.

    Chętnie zapoznam kogoś obeznanego z funkcją DECONVOLUTION w Originie.
    Żeby mi pokazał jak jej używać i kiedy się wie, że się to zrobiło dobrze, nie żebym znajomość Origina uważała za jakąś szczególnie atrakcyjną cechę w ludziach.

    A w ogóle w nocy mi się śniło, żę studiowałam filologię polską.
    Jakieś interpretacje?

    Nie wierzę.
    Może to PMS, może zwykły cynizm, może najprostszy na świecie zdrowy rozsądek, może po prostu ze mnie najzwyklejsza zimna suka, ale nie wierzę.
    I nic na to nie poradzę.
    Wcale mi z tym nie jest wygodniej. Znacznie bardziej komfortowo byłoby uznać zasłyszane stwierdzenie za prawdziwe, ucieszyć się, uśmiechnąć, zażartować z lekkim sercem.
    No paranoje może mam i co z tego.
    Nie wierzę.
    A jak się w coś nie wierzy to nie ma znaczenia, czy istnieje czy nie.
    Zresztą jakie to ma znaczenie.

    Idę posłuchać piosenek o miłości. Może się czegoś mądrego nauczę.

    Zapoczątkowany „Walk the line” proces myślowy osiągnął wczoraj pik. Nie wiem, czy stało się tak na skutek upływu krwi, wielkiego siniaka na ramieniu, kolacji z koleżankami (która utwierdziła mnie w przekonaniu, że w grupach większych niż czteroosobowe jestem mocno zagubiona), rozmowy z Janice (które to rozmowy ostatnio wszystko stawiają w perspektywach i nadają rzeczom nieco inne odcienie) czy może na skutek pojawiającego się drugi dzień z rzędu poczucia bycia lekko zlekceważoną. Niemniej pik nastąpił. Następnie radośnie się sam do jakiejś tam krzywej statystycznej wyfitował i uszczęśliwiony wyrzucił mi kupę danych.
    Które, choć potrafię zanalizować jeszcze nie mogą być zinterpretowane.
    Znaczy mogą. Nadal jednak się boję, że interpretuję je źle.
    A opcja korekty podejrzewam nie będzie mi przysługiwać.

    Najbardziej lubię, jak odrabianie zadań domowych zaczynam od umycia garów, zamiecenia podłogi, zrobienia sobie herbaty, zjedzenia kilku ferrero roche, popatrzenia co ciekawego ma internet do powiedzenia na temat tego filmu, co go dzisiaj widziałam, pozastanawiania się, czy może w akademia da Joaquimowi coś czy może stwierdzi, że za role muzyków nagradzaliśmy w zeszłym roku w tym roku nagradzamy etnicznie, za rok będziemy ze względu na religię a za dwa lata to jeszcze zobaczymy jak trzeba będzie rozłożyć proporcje.
    Oczywiście książkę mam nadal zamkniętą.
    Mam za to bardzo otwarty umysł dzisiaj, chłonę podteksty jak gąbka, myślę normalnie jakbym była w Europie, kreatywność mi się podnosi, wkurza mnie bałagan na łóżku i w ogóle mam takie przemyślenia na temat życia, że aż się sama boję, że takie mam.

    Już w ogóle najlepiej pójdę liczyć te termodynamiczne zadania, bo jeszcze trochę i naprawdę się zacznę zastanawiać jak to jest z kochaniem i kiedy się wie, czy się kogoś pokocha i w ogóle jeszcze dojdę do wniosku, że naprawdę geograficznie najbliżsi kochający mnie ludzie są o jeden kontynent za daleko i w ogóle jeszcze się poryczę.
    (Tu muszę uczciwie dodać, że Volume Loreala wytrzymuje spacer do sklepu (chodniczkiem, nie po linie), tarcie oczu i „Walk the Line” a na maskarę i przy moich zdolnościach to bardzo dużo).
    To ja już pójdę.
    Co będę smęcić.
    Wrócę jak będę w formie do enigmatycznego pisania.

    Postanowiłam sobie, że w sobotę pójdę na WALK THE LINE.
    Motywacją jest to, że muszę sobie pare rzeczy przemyśleć, a w kinie myśli mi się bardzo dobrze (lepiej mi się myśli tylko podczas pastowania podłogi pod fortepianem, ale tu nikt w okolicy podłogi do pastowania i fortepianu jednocześnie nie ma).
    Powiadomię o wynikach.

    Opis krajobrazu:
    Śnieg, rozwiewany namiętnie przez wiatr, nie prószy tylko układa się w jakieś dziwne wzorki do złudzenia przypominające miniaturowe wydmy w Słowińskim Parku Narodowym.
    Charakterystyka postaci:
    Jestem trzeci dzień w pracy w tych samych spodniach, bo cała reszta przyodzienia, nadająca się do założenia do biura, tkwi gdzieś na lotnisku czekając na dotarcie do właścicielki.
    Opis sytuacji
    Biuro jest jeszcze puste ale za chwilę przyniesie Szonika, który najpierw zamarudzi na pogodę, potem na swoją promotorkę, a na koniec, na ilość pracy, którą musi wykonać.

    Pytanie retoryczne:
    Skoro mysz złapała się w jedną z łapek (a podobno była tylko jedna!) kto zeżarł masło orzechowe z innej?

    Odkąd wylądowałam w Najbardziej Zapadanym Mieście Świata najbardziej pozytywną wiadomością, jaką usłyszałam, jest ta, iż mój szef wyśle mnie na konferencję do Barcelony.
    Co jest bardzo względnie najlepszą informacją na dzień dzisiejszy.

    Poza tym Rick przywitał mnie w „realnym świecie” jeszcze bardziej dodając uroku schowanemu za świerkami i leszczynami i strzeżonemu przez zastęp mniej lub bardziej bojowych ptaków domowi o drewnianych podłogach, kominku i śliskich schodach.

    W świecie tutejszym jest więcej strat niż zysków, jest smutno, stresująco i nerwowo, jakby listopad sobie nigdy nie poszedł w długą i nie tylko nie ustąpił miejsca grudniowi ale i przegonił styczeń. To co się dzieje przekształca coroczne wydarzenie zagubienia mojego bagażu na trasie Szczecin – Londyn w element komediowy i nawet nie pozwala mi się tym faktem za bardzo martwić.
    (LOT nie musi o tym wiedzieć, LOT jest bombardowany pytaniami.)

    Najsmutniej u Janice. Ale u reszty też nie za lekko.

    Hapi Niu Jir jak powiedziała gorzko Ros.


    • RSS