staphre blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 3.2006

    Się głupio zastanawiam, czemu dziś gdybam i z jakiej paki mnie zbiera na wspomnienia.
    Pierwszy kwietnia się zbliża. Bardzo powoli i niesamowicie dyskretnie, nieco pod śniegiem, trochę za innymi okolicznościami, ale się zbliża.
    I ciągnie za sobą, jak co roku, bagaż wspomnień, walizkę gdybań i jeszcze do tego wszystkiego jakąś masę niedomowień.
    W końcu każda przeszłość ma jakieś duchy.
    A każdy ma jakąś przeszłość.

    27 marca. Urodziny obchodzi Marek Citko (32 proszę państwa, zestarzeliśmy się i kopnięcie już nie to), umiera Stanisław Lem, w którego istnienie nigdy nie wierzył mój ulubiony pisarz science fiction, St. John’s przywala całodniowa burza śnieżna, która przypomina mi, jak bardzo pragnę wiosny.
    Na południu na pewno wieją ciepłe wiatry a nad Morze Śródziemne zjeżdżają pierwsi właściciele tych ślicznych domów na wybrzeżu.
    Coś się znowu we mnie budzi i zasypia. Sprzątam mieszkanie, rodzielam studentom pokoje i przypatruje się mechanice statystycznej z niedowierzaniem, bo wiem, że w końcu wygram, zawsze jakoś tak się składa, ale na razie jeszcze nie mam co do tego zupełnej pewności.
    Mam do napisania trzy listy i jeden do dostania i wiem, że moje napiszę i tego jednego nie dostanę. I wiem, że to nie jest źle tylko mi ego kobiece nieco pobolewa.
    Na wschodzie noc zapada teraz godzinę szybciej. Nie lubię tego tygodnia, bo wszystko wydaje mi się dalej. Szczerze wierzę w teorię o czasie, jako jeszcze jedym wymiarze. Nie ma znaczenia, w którą stronę daleko, jeśli daleko.
    I najlepsze: uśmiecham się. Do siebie, do tego śniegu za oknem, do uczącej się czytać Klaudii i nawet do artykułów o porowatym krzemie. Nie wiem czego to objaw, ale chcę wierzyć, że afirmacji życia.

    Nawet najbardziej pracowite wyjazdy dają człowiekowi, który wyjechał niesamowity dystans. Czas nagle się rozciąga i skraca tak, jak mu pasuje, wiele pojęć nabiera nowego znaczenia, wiele teorii się przewartościowuje, a praktyk nie sprawdza, przysłowia znowu o sobie przypominają a, co najważniejsze, zupełnie inaczej się patrzy na miejsce, do którego się wróciło.
    Na przykład przestałam się – może na trochę – czuć w Najbardziej Zapadanym Mieście Świata jak w domu. Co jest zjawiskiem niezaskakującym i niedziwnym, niemniej nowym, gdy nagle staje się faktem uświadomionym.
    Trzeba robić te literki przed nazwiskiem i szukać nowego miejsca docelowego.
    Nie pierwszyzna.

    Okazało się również, że ciepły klimat nie jest zły a palmy za oknem są pożądanym widokiem oraz, że wcale nie trzeba tęsknić za śniegiem.
    Wręcz przeciwnie. Można bez niego znakomicie żyć.

    Okazało się również coś jeszcze. (że poodróże kształcą a Amerykanie są fajni i się znają na żartach acz mają problemy z przetworzeniem, że coś ma tysiąc lat i że na kimś to robi mniejsze wrażenie niż na nich).

    I coś jeszcze.

    Że słowa mają niesamowitą moc. Bo zanim się coś zrobi, zanim się czegoś w końcu nie zrobi jest czas pomyśleć o tym, co się mówiło.
    I – o ile człowiek przywiązuje jakąkolwiek wagę do tego, co mówi – wiele może to zdziałać.

    Nie umiem mniej enigmatycznie. A nie wiem jak inaczej.

    Ci co mnie znają i tak wiedzą, jaką mogłam mieć na wyjeździe przygodę. I jakiej w sumie nie miałam, bo o to po raz pierwszy w historii nie jestem notorycznie sama.
    I nadal nie wiem, co z tym fantem zrobić.

    Nadchodzi taki moment („jest taka chwila gdy”) ziemia nagle przestaje się trząść a wszelkie sonografy wskazują, że następne zachwianie równowagi może nie nastąpić zbyt prędko („stoi głupiec z łukiem”). Nadchodzi taki moment, gdy To- Czego- Nie- Wolno- Uważać- Za- Gwarantowane nagle staje się podwaliną, na której coś się zaczyna budować.
    Nadchodzi. Niepostrzeżenie, niechcąco, tajniacko, poza podejrzeniami, wbrew i razem ze wszystkim, pomiędzy, wśród i wcale nie tak po prostu.
    Nadchodzi.
    I chyba wymusza podjęcie jakichś wiążących decyzji.
    Aczkolwiek
    nie mam nic przeciwko temu, by się jeszcze trochę poskakać po podwalinach fundamentów.


    • RSS