staphre blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 5.2006

    notka z dedykacją

    Przyzwyczajam się do większości nie moich skarpet w praniu i do tego, że opcja ciemne szare z niebieskim to głównie dżinsy w rozmiarze staphre*4/3. Nie, nie mieszka, ale często bywa. Z siłowni ma bliżej, kąpie się, przebiera.
    I siłą rzeczy produkuje pranie.

    Nie pozwalam się panoszyć, nie pozwalam na status gościa hotelowego. Wszystko jest po mojemu, za podpórki do laptopa mogą służyć stare dzienniki a nie Sapek, kosz jest pod zlewozmywakiem i nie stawia się rzeczy codziennego użytku na najwyższą półkę, bo nie sięgam. I nie, o siódmej rano w poniedziałek nie jest to śmieszne.

    Nie pozwalam przesuwać granic, jedynie je przenikać. Zostawiam to, co najważniejsze, a elastyczność praktykuję tylko w rejonie działania prawa Hooke’a. Potem pękam, odbijam i ustalam ponownie. Znacznie dalej.

    I słucham Joni Mitchell gdy nie mogę. Naprawde nie znam się na miłości. A na związkach w ogóle jeszcze mniej.

    Ameryka wybrała swojego nowego American Idol. Oh i ah. (I czemu on nie ma na imię Chris w ogóle?).

    Ja swojemu personalnemu złożyłam życzenia z okazji nie tych urodzin. I zrozumiał, teraz już go zawsze będę tak odmładzać, niech ma. (Niektóre rzeczy się nie zmieniają, za wszystkie inne zapłacisz kartą mastercard).

    Bufflo znowu gra wysoko. Ryan Miller, co z Tobą (czy ty w ogóle grasz i jeśli nie ty to kto?).

    Chcę na szafkach takie kwiatki jak mam na spinkach (a administracja dostanie zawału).

    Chyba czas znowu zacząć być niemożliwym.

    W deszczowe dni obramowuję się czerwono-żółtym parasolem od Kamyka i udaję, że mam własny świat, zupełnie inny od zapadanej rzeczywistości. Rozbijam brawurowo szarości dnia i odbijam, zgodnie ze wszystkimi prawami fizyki, krople deszczu. Prasol jest jak lustro.

    Składam go, gdy mam ochotę się zintegrować z rzeczywistością.

    Wśród zalewu wiadomości najpierw odległość a zaraz później głowa tworzą filtr. Amplituda sygnału zanika, niektóre częstości w ogóle wygaszam, inne wzmacniam. Akceptuję świat i tu i tam, i cały czas jeszcze ten „tam” uderza mocniej, dotyka bardziej, wzrusza dogłębniej. A w myśli kłębią się w głowie.

    Schylam ją, gdy przychodzą takie informacje jak dziś.

    Wiecie (bo wczoraj były Sofii Coppoli urodziny),
    o samotności można mówić w zatłoczonym mieście tak samo jak w pustym miasteczku,
    w deszczu za oknem i słońcu przez liście,
    pojedynczo i w pięcioosobowej grupie,
    z nadzieją i jej brakiem,
    z miłością i z przyjaźnią,
    głosem lub spojrzeniem.
    Dobra Sofia jest.
    Chyba moja ulubiona ostatnio.

    Normalnie nie wypowiadam się na tematy, których nie kumam.
    Tego, tak samo jak Kazik, nie kumam.
    Przeczytawszy dzisiejsze wiadomości zachłysnęłam się kawą.
    Po raz pierwszy nie mam wyrzutów sumienia, że wyjechałam. Po raz drugi zaczynam odczuwać wzmożony niepokój. Po raz trzeci nachodzi mnie myśl, że może naprawdę czas się przyzwyczaić do tego, że nie wrócę.
    Próbowałam powagę sytuacji w moim kraju wyjaśnić Bertowi. Nie sądzę, że mi się udało, bo po prostu nie wydaje mi się, że to się w ogóle da.

    Nigdy dotąd nie chciałam, by przeczucia mnie tak strasznie myliły. A mam złe.
    (Wiedziałam, że z jakiegoś powodu od rana bolała mnie głowa.)

    Smutne dni mają to do siebie, że przepływają bezszelestnie po łączach, kablach i sieciach wbrew wszelkiej logice, przeciw każdemu tłumieniu i niezgodnie z jakąkolwiek fizyką (jak film „Jądro”).

    Trudno się pomaga tam, gdzie się wie jak jest.
    Jeszcze trudniej tam, gdzie się nie wie. Zaczpiać? Rozdrapywać? Przez gg ani nie uściskasz ani nie pogłaszczesz, ani rękawa nie użyczysz.
    Czekać? Dać czas? Patrzeć? Obojętnieć?

    Wie ktoś?

    1. Uwielbiam pralnię. Nawet wśród niezebranego prania pachnie czystością, nawet pomalowana olejnicą podłoga zachęca, by na niej usiąść. Cisza ja i czas. Książka, pewnie zamyślenie. I świadomoość, że się robi coś pożytecznego. Wolność kreowana przez uciekanie w samego siebie, wolność myśli, nieskrępowanie. Cisza, rytmiczny biały hałas, żadnych niespodziewanych dzwięków, żadnego dzwonienia w uszach.

    2. Dopisuję akapit albo dwa. Rok pięćdziesiąty, rok sześćdziesiąty siódmy. Wymazuję a potem ponownie piszę to samo. Pisać. Godzinę dziennie, choćby się miało wszystko potem skasować.

    3. Rozważam tak popierwszomajowo instytucje kanadyjskie. Nudne, grzeczne, ułożone. I zmagam się z kosmicznymi godzinami otwarcia GSU i już wiem, że nie trzeba fioletowej trwałej by być pracownikiem placówki państwowej. Wystarczy odpowiednie podejście i na politykę partyjną w sam raz.

    4. No i tradycyjnie, majowo, lost in translation. Między słowami, między uczuciami. Nie, nie będę pisać bloga po angielsku (could you please, though) bo nie umiem. Trochę jak Wajda, trochę nie. Tu uciekam, gdy Zapadane wchodzi mi na głowę i gdy próbuje mi wmówić różne niepodobające mi się rzeczy. Mój ci on. Nie oddam.


    • RSS