staphre blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 10.2006

    od i po

    2 komentarzy

    Od jakiegoś miesiąca dni mijają coraz krótsze, coraz cięższe mam sukienki sukienki, małe chmurki, słony smak.

    Od jakiegoś miesiąca każdy dzień się dziwnie liczy i żaden nie upływa na czekaniu.

    Od jakiegoś miesiąca nie odkładam, nie przesuwam, nie odwołuję, nie definiuję. Nawet nie planuję za bardzo.

    Od jakiegoś miesiąca stąpam po mocno niepewnym gruncie, daleka od mojej małej stabilizacji a spokojna jak dawno w życiu.

    Od jakiegoś miesiąca bardzo słucham wszystkiego, co się do mnie mówi. I dostrzegam jak bardzo ludzkie życia są do siebie podobne a między losami da się wyprowadzać zależności. Albo może znowu jestem jak na ogół empatyczna i umiem się wczuć.

    Po rozmowie z Megan dochodzę do wniosku, że różnica w związku dziewczyny z chłopakiem a kobiety z mężczyzną polega na tym, że w tym pierwszym dziewczyna jest skupiona na chłopaku a chłopak na sobie a w tym drugim kobieta jest skupiona na mężczyźnie a mężczyzna na kobiecie. I takie to mi się zdaje nagle oczywiste. Taka moja prawda objawiona roku 2006.

    Po lekturze cudzych blogów kupuję sobie balsam do ciała z brokatem i doprawdy mało mnie jakoś przeszkadza, że lśnię. Do tego wyciągam z szafy bluzkę w kwiatuszki mimo deszczu, halloweenu i czającego się za węgłem listopada i zakładam ją pod zielony sweter. Nakładam makijaż (nieprofesjonalny) pędzelkiem (profesjonalnym) i jakaś taka jestem skończona i wyszykowana. Z lustra przestaje spoglądać na mnie dziewczynka a spojrzenie zaczyna rzucać mi pani w lekko przymarszczonym kostiumie za to z zaskakującą siłą w oczach.

    Natomiast po pracowni siedzę i się obijam na zakładzie, udając, że jestem zajęta czytaniem tego samego artykułu. Tymczasem myślę o różnych sprawach mniej i bardziej kobiecych. I milczę. I nawet nie najgorzej mi to wychodzi.

    czasy i obyczaje

    Brak komentarzy

    Biję własny czas biegu wokół Long Pondu, mając jeszcze siłę przyspieszyć pod koniec. Rozganiam demony i te stare i te nowsze i te istniejące od zawsze. Walczę we własnej głowie, z tym, co gorsze niż na ścianach. Przyspieszam i nie poznaję własnych nóg, nie rozumiem własnych płuc, czuję tylko strużkę potu na plecach. Tak mi dobrze, myślę, tak mi rób. Biegnę, nie licząc nic ani niczego, rytmicznie stukam stopami obutymi w błękitne najki w żwirową ścieżkę. Błękitne najki, błękitny odtwarzacz, błękitne spodenki. W ogóle nie mam nerwicy natręctw na tym punkcie. Wcale nie dobieram wszystkiego. Ani trochę. Wbrew tym błękitom Listopad zaczaja się już za rogiem, mży opadającą mgłą i pachnie mokrym lasem.

    A potem słucham trójki. I błogo mi, tęsknię za Jugosłowiańską, za Kawą_W_Czopkach, za dziwnymi rozmowiami, za kartami o drugiej w nocy i za autobusem 69 i jego przedostatnim przystankiem przed pętlą. Ale rzewnie tęsknię i ciepło tęsknię i błogo mi.

    Chyba znowu znalazłam w sobie Anię.

    W meczu drużyn koedukacyjnych zaliczam zderzenie czołowie z chłopakiem na tyle niewysokim, by mój łuk brwiowy zrównał się z jego ramieniem. Po spektakularnym upadku nie mam żadnych śladów. Może tylko to ramię, które jako pierwsze dotknęło ziemi, przestałoby pobolewać.
    Za tydzień softball. Znowu odkryję istnienie mięśni, o których nie miałam pojęcia.
    Do brązowej sukienki na guziki (dla nich mogłabym stać się ofiarą mody tu i natychmiast, jeszcze czarną chcę bardzo tak) dopasowuję brązowy płaszcz. Ten brązowy, niczym mieszkanka Montrealu (montrealżanka? montrealka?) łączę z czarnym nie robiąc sobie z tego nic. Nie każdy tak może, mówi Meg, nie każdy, ale tobie jakoś to wszystko pasuje.
    Staję się więc ikoną jakąś niechcąco.
    (bo Liz z dziekanatu już mi kiedyś powiedziała, że zawsze podgląda co łączę i nigdy się nie może nadziwić skąd ja wiem, że to będzie tak wyglądać)

    W wolnej chwili, między ścierką do podłogi a butami do biegania, imponuję komuś czymś i wcale mi z tym nie jest źle. Czy imponuję dopiero teraz, czy teraz już nie ma wyjścia i musi się przyznać się pewnie nie dowiem nigdy. Nimniej ego mam połechtane. I jakąś satysfakcję też.

    Nie naciągam ocen z raportów, nie dorabiam teorii do faktów, powoli przyzwyczajam się do tego, jak jest. Nie palę mostów, nadal dostrzegam małe ironie życia i ostatecznie postanawiam nie rozśmieszać Pana Boga opowieściami o swoich planach. Oraz teoriami na temat tego, jak w życiu jest.
    Natomiast relatywizm czasu właśnie doświadczam. I uczę się różnych definicji słowa powoli i spokojnie.

    Niektórym od konwencjonalnych jest bardzo daleko.

    Jest prawdą powszechnie znaną, że po wysłaniu wniosku o wizę czas zaczyna płynąć o wiele szybciej niż czynił to do tej pory.
    No więc piętnaście minut temu zaczął.

    I oto na widownię sobie ktoś wstąpił.
    Wstąpił bardzo niespektakularnie i mocno bocznym wejściem, przeczekał finał i zapadnięcie kurtyny po czym spokojnie oznajmił, że tym razem nie przegapi. I że może czekać.
    Czeka.

    Jeszcze trochę sprzątam dekoracje, jeszcze mi zostały resztki makijażu do zmazania. A on sobie czeka. I mówi, że ma cierpliwość.

    Wczoraj przy gorącej białej czekoladzie i serniku z dyni, Grant spojrzał na mnie i sformułował męski, grantowy punkt widzenia. Męskie punkty widzenia jakoś zawsze dziwnie do mnie docierały. Granta punkt widzenia też. Pewnie dlatego, że się przeczęsto pokrywał z moim.

    A na widowni ktoś czeka.
    Czy ktoś mi może powiedzieć skąd on się wziął i czy to można tak szybko znaleźć otwarte okno?

    Napisałabym normalną notkę.
    Taką staphrową, z refleksją, pomyślunkiem i zadumą.
    Może nawet coś bym odkryła.

    Niemniej
    Nie mogę
    Nie mam czassu.

    Jestem bardzo zajęta inwestowaniem we własne ego i słuchaniem rady mojej cioci. Oraz dzieł wybranych Myslovitz.

    Si ju gajs lejter.

    Najbardziej mnie dziwi, że nadal sobie wiszą rysunki, które dostałam przed ostatnie dwa lata. I te śmieszne i te znaczące. Wiszą i z upływem godzin przestają być na swoim miejscu.

    Niektóre rzeczy, się okazuje, można załatwić słownie, inne trzeba ręcznie.

    Najtrudniejszy się okazuje brak szczoteczki do zębów w podwójnym trzymadełku. Ale to normalne, bo, jak już wcześniej ustaliłam z własnym umysłem, to małe rzeczy sprawiają, że życie się dzieje naprawdę.
    Wielkie stanowią materiał do pisania książek i tworzenia historii rodzinnych.

    I jakieś takie płynne to wszystko. Już po tym jak narysowałam sobie granicę, jak pękał mur, wszystko się zaczęło układać podejrzanie płynnie i chyba naprawdę nie powinnam się czuć z tym wszystkim tak dobrze, jak się czuję.
    Może to egoizm.

    (czas najwyższy, powiedziałabym sama sobie gdybym patrzyła na siebie z boku)

    Od środka oczywiście nadal myślę, że jestem egoistką.

    No.
    To płyniemy powoli.

    Wynikiem kryzysu skarpetkowego stopnia pierwszego (koniec czarnych skarpetek) i w obliczu zbliżającego się zagrożenia kryzysem gaciowym (brak pasujących kompletów gatek i biustników) sortuję pranie na środku dużego pokoju. Zaraz je sobie razem z jeszcze nie przeczytanym Pratchettem zaniosę do pralni i oboje spędzimy przyjemną godzinę siedząc na suszarkach bębnowych i nawzajem rozkoszując się swoją obecnością.

    Na razie jeszcze nie ogarniam umysłem wszystkich wydarzeń ostatnich tygodni, dni i godzin, ale nie wykluczam, że zaburzenia detekcji i przetwarzania danych są wynikiem niedospania.

    Bo oto na całą ulgę i wszystkie smutki, na ulewę małych wielkich nieszczęść potrzebnych do szczęścia nałożyło się coś jeszcze. Przyszło w sumie niewiadomoskąd i złapało mnie trochę bez gardy. I zachwiało stereotypami na temat bezdennej głupoty nieodłącznie związanej z chromosomem Y.
    To sobie westchnę na koniec i idę z tym praniem.
    Czas na nie.

    rodziały i kartki

    1 komentarz

    Coś się kończy.
    Coś zaczyna.

    („Bo kiedy Bóg drzwi zamyka to otwiera okno”)


    • RSS