staphre blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 11.2006

    Każdy nowy dzień rodzi nowe paranoje.(copyrights Grabaż)
    To już wiemy.
    W ferworze walki zapomnieliśmy o innych prawdach życiowych.

    Po pierwsze ranek jest mądrzejszy od wieczora.(copyrights Wasylisa Przemądra)
    Po drugie wszystko trwa póki się tego chce. (copyrights Artur Rojek ale zabił mnie tym samym tekstem mój skarbnik na imprezie w sobotę).
    Po trzecie najmądrzejsze jest wczesne przedpołudnie bo w świetle dnia (którego nie ma tak wiele o poranku) wyszystko wygląda lepiej. (copyrights Wasylisa, update położenie geograficzne).
    Po czwarte na to czego chcą inni nie ma się wpływu. Można to zatem tylko uszanować. (Acz miło jest wiedzieć.)
    I po piąte najlepszą lokatą na rynku inwestycji emocjonalnych jest własne ego . (copyrights sistermoon).

    I żeby nie było. Wiem, że się powtarzam.
    Ale ostatnio dni się czasami resetują.
    Zaczynanie od nowa każdego dnia sprawia, że niektóre rzeczy trzeba sobie często przypominać.
    Na przykład to, jakich się ma przyjaciół. Tu i tam.
    Zwłaszcza, gdy ma się takich, jak ja.

    Ze snu o drugiej nad ranem wyrywa mnie dzwonek telefonu. Oczywiście, że nie może być dobrze, nie ma opcji dobrych wieści o drugiej nad ranem, jest interwencja, bycie natychmiast, na zawołanie, bezzwłocznie.
    Taka praca mówią.

    O trzeciej trzydzieści nie jestem pewna, czy śpię, czy tylko drzemię czy może po prostu odpoczywam w tym stanie zapadnięcia się w siebie. Wracający z baru wytrącają mnie z tego, w czym bym nie była. Wychodzę na korytarz. I wcale nie jestem w dobrym nastroju.
    Taka praca, doprawdy.

    Gdy wyjeżdżamy poszukać prezentu na dzisiejsze przyjęcie gwiazdkowe, ogarniamy światłami samochodu Dwayne’a małą Amy siedzącą w korytarzu. Rozmawia przez telefon i wiem, że płacze. I wiem, że jak trudno by jej nie było pewne decyzje musi podjąć sama. I jak muszę być bezstronna (taka praca, wiem) tak stoję po jej stronie. Bo niektóre rzeczy w życiu po prostu są.

    Stukot klawiszy na klawiatrze działa na mnie usypiająco.

    Nie namilczałam się długo.

    Na skalę lokalną przyszła jedna dobra wiadomość. Uspokojona, wracam do pracy skupiona już naprawdę głównie na temacie pracy doktorskiej. Ino nie rozrzucam kartek i nie mówię, że jest niemożliwe.

    (Z nadzieją, że nie trafi mi się to.)

    Umiera Robert Altman.
    I gdzieś w środku zapada cisza.

    Znowu milczę.

    Doszlam do wniosku
    ze chwilowo nie mam nic do powiedzenia
    tak ogolnie
    nawet nie ze madrego cos
    nic
    to sobie pomilcze jakis czas.

    Podbijam centralna Nowa Funlandie spacerujac wokol jeziora, rozmawiajac o pozycji kobiet w swiecie, anoreksji, filozofii, historii, komunizmie, ujmowaniu faktow, praniu mozgu przez media. I grajac w scrabble ze zmiennym szczesciem.

    Wracam jutro.
    Dobrze mi, ale tesknie za swoim miejscem.

    Przez egipskie ciemności po godzinie 17 zapomniałam co najlepiej rozwiewa paranoje.
    Bieganie. Jak zawsze odkąd je odkryłam (czyli od dwóch lat).
    Przynajmniej w moim przypadku.

    Pachnie zimą, pachnie zimną wodą, pachnie chłodnym powietrzem. Pachnie suchymi liśćmi na ziemi, pachnie gołym lasem.
    I tą masą jarzębin (Indianie pewnie mówiliby, że sroga zima idzie, ale Indian na Wyspie nie ma).

    Wniosek na dziś to taki, że słuchanie Bjork zabija wszystkie kompleksy.

    It’s oh so quiet.

    Paranoi nowy start przewiduję na wtorek rano.
    Bo jutro jeszcze wolne to pobiegam za jasności.

    (mamy 12:01, 13 listopada. W związku z Remembrance Day weekend i coby prawda klamrą ładnie wszystkich spotkanych na ulicach byłych spiąć, powiedzmy sobie szczerze, że 13 listopada kilka lat temu zapoczątkowałam serię produkcji byłych.
    Się przyznam, co się nie przyznam.
    Sytuacji niekomfortowych jak dotąd jedna dziennie, więc sobie załatwmy tę ostatnią od razu i nie psujmy dnia).
    CO to ja chciałam.
    Minął 12.
    Nie wymyśliłam żadnej paranoi.
    Będę biegać choćby po ciemku.
    Będę walczyć.

    Nie dam im satysfakcji.

    It’s oh so quiet.

    Trasa dookoła Long Pondu przestała pachnąć jesienią, mimo że pogoda ewidentnie sugeruje, że jeszcze by poświeciła słońcem i powiała nie-tak-do-końca-zimnym wiatrem.

    Uznałam to za fakt godny zakomunikowania światu.

    Z przemyśleń pod prysznicem mam wdzięczność za obdarzenie mnie naturalnym manikiurem francuskim i pytanie dlaczego z pomalowanymi paznokciami wyglądam co najmniej nieodpowiednio (bo wybierasz kolory jakie wybierasz kobieto) i przeraźliwie frywolnie.

    Szukam powodów by nie siedzieć w domu, więc chodzę na spacer za spacerem (to tu to tam) i przemieszczam się między miejscami (bo nie mogę sobie podarować, by przegapić takie słońce w listopadzie).
    Oczywiście w ruchu włącza mi się myślenie (a co ty chciałaś moja panno, nogi pracują głowa zazdrości).

    Uprzedzam, że nastrój nie minął.
    Każdy nowy dzień rodzi nowe paranoje.

    Może mi wkrótce przejdzie.
    Acz bym na to nie liczyła.

    (po pewnym czasie).
    Wymyśliłam coś.
    Teorię.
    Nie polerowałam podłogi pod fortepianem dawno więc może być łatwiutka do obalenia. Łatwiejsza niż ta o tym ile dusz jest w piekle.
    Uwaga.
    WIEM PO CO JEST TA CZĘŚĆ MÓZGU POWSZECHNIE UZNAWANA ZA NIEUŻYWANĄ.

    Wymyśliłam sobie.
    Tam są te wszystkie wspomnienia, których się BARDZO nie chce przywoływać.
    Drzemią tam sobie.
    Utylizują się z czasem. Czasami przechodzą recykling. Czasami ktoś je wywlecze. Na ogół niepotrzebnie.
    No.
    To kończę list do Kamyka, robię kawę i do pytania o masach na sznurku.

    Dopadł mnie po trzech i trochę latach na emigracji ten nastrój który często włóczył się ze mną po poznańskich ulicach, szczególnie odkąd zamieszkałyśmy na Jugosłowiańskiej.
    Czasami określałam go jako „wyszłabym se za mąż (i zaraz wróciła), innymi razami nie zadawałam sobie trudu nadawania mu szczególnych imion czy nazwisk. Współistnieliśmy sobie zawsze nienajgorzej, ten stan, ja i czerwona skórzana kurtka.Taka sama prawie jaką ma Brad Pitt w „Fight Clubie”.
    Stan ten przejawia się wieloma rzeczami, nie wszystkie nadają się do publicznego omówienia.
    Zaczął się rano pod prysznicem rozważaniami dlaczego moja garderoba składa się z pięciu kolorów podstawowych i reszty pochowanej i nigdy nie noszonej. Tudzież już oddanej na różne cele charytatywne, serii koleżanek bądź przerobione na ścierki.
    Powiedzmy sobie szczerze, czarny i biały kolorami i to wdzięcznymi bo pasują do wszystkiego. Trzy pozostałe to brąz, zieleń i oczywiście szary.
    Mam jeden pomarańczowy spódnik.
    Noszę go w bardzo szczególnym nastroju.
    Niezwykle odległym od tego dzisiejszego.
    Pomarańczowy jest spokrewniony z brązem i do tej grupy go zaliczę.

    Potem na uczelni nie miałam szczególnych przemyśleń bo szef naprawił dotknięciem dłoni spektrometr (czy to się dostaje z doktoratem, z pieniędzmi z grantu czy trzeba mieć wrodzone? bo jak to ostatnie to nic, trzeba by zmieniać profesję bo na mnie spektrometr tak nie działa. Nigdy. A już na pewno nie jak się studenci patrzą.) .
    No i dostałam wizę. Rząd Kanady to mnie chyba lubi.
    Nie wiem za co.
    Chyba za to, że nie marudzę i nie przedstawiam wygórowanych rządań a podatki płacę na czas (w ostatniej chwili). Oraz za to, że wyjeżdżam na święta i nie robię tłoku w supermarketach.
    W międzyczasie czytałam archiwa pierwszej żony.
    Potem inwigilowałam (WIEM JAK TO BRZMI) test czyli ja czytałam „Eden” Lema a studenci pisali koło.
    Nikt nie ściągał. Nikt nie podpowiadał. Nikt nie miał notatek pod stołem. Nikt nie pyskował, nikt nie jęczał PANI MAGISTER NO PODPOWIE COŚ PANI (hehehe).
    Osobiście ściąganie mnie mierzi i stresuje (w tej kolejności) więc odpowiada mi ten system. Że moja lektura nie jest zachętą do zwalania.

    A potem dotarłam do domu.
    Zobaczyłam czerwoną kurtkę.
    I się zaczęło.

    Najpierw zrobiłam w głowie liste co lepszych tekstów usłyszanych od chłopów w życiu. W dowolnej kolejności są to „nawet nie pomyślałem by Cię zdradzić”, „muszę jechać tym pociągiem o 19 bo mama czeka”(nie powiem skąd dokąd ale niedaleko), „to jest staphre, ona nie ćpa ona ma to(??) naturalnie”, „nie rozumiem dlaczego nie chcesz ze mną uprawiać seksu” (CHYBA JASNE) oraz „jezu twoje koleżanki są takie same jak ty czyli was jest więcej”.

    To ostatnie lubię najbardziej.
    Dwóch z tych chłopów nawet nie było moich, sobie ustalmy. Acz jeden mi się podobał bardzo.
    Trzech było, ale się nie przyznam którzy.

    A potem poszłam przechodzić po pasach na czas. Po nocy po porcie (NIE SAMA HEHEHEHE chciałobysię) po jakichś zakamarkach.
    Dokładnie tego było mi potrzeba.
    Ale się nie przyznałam.
    Bo jak Dwayne odkryje co ja mam pod sufitem to doprawdy się przerazi.
    Jeszcze nie natrafiłam na takiego, co nie uciekł. Znaczy nie no, natrafiłam. Nie uciekł. Przyjął do wiadomości i zignorował. Tak w skrócie.
    (jeden sądził że przechodzi z wiekiem, jeden po prostu zwiał)

    Może skończę zanim stałych czytelników doprowadzę do zawału i udam się w objęcia Morfeusza. Bo jeszcze wyjdzie mi notka o byłych.
    A na tę nie czas.
    Na tę będzie czas w noc przedślubną.

    (kwiczę w kułak)
    Trzeźwa jestem.
    Nic nie brałam.
    Ja tak mam.
    Po pięciu latach prowadzenia refleksyjnego bloga prawda wyszła na jaw.
    Wystarczył ten stan i czerwona kurtka.

    OSTRZEGAŁAM, że odnajduję Anię.
    Chcieliście Polski no to ją macie
    (skumbrie w tomacie, chrzan).

    Nadal, mimo przekroczenia ćwierćwiecza już jakiś czas temu, nie zaposiadam stosownego powiedzonka, cytatu tudzież anegdoty na każdą życiową okazję. Nie mam również repertuaru budujących haseł oraz optymistycznych przykładów z własnego życia. Nie wiem również co na przykład można powiedzieć gdy jest źle, nieciekawie i stresująco. Poza zaproponowaniem, że przyjdę. Oznajmieniem, że jestem i że później też będę. Jeśli tylko będzie potrzebował.
    ( wiem, już się nauczyłam, że najgorsze co można to nic)
    No mam jakiś taki prywatny głęboko schowany wstęt przed narzucaniem się i przeszkadzaniem. Oraz tę wielką świadomość, że nie pełnię w tej relacji roli przyjaciółki jeszcze.
    Ale wymyślam żart jeden, bardzo kiepski. Zawsze jednak choć coś.

    Dostaję niespodziewanie pieniądze za nicnierobienie i po pierwszym odruchu zbiżuternienia ich przypominam sobie o paczce dla Jakiegoś Dziecka. I widzę sterty ołówków i papier do wycinania i małe skarpetki i książki do kolorowania i jakoś tak przechodzi mi ochota na biżuterię. Bransoleta od babci will do.

    Wieczorem odchlewiam zagrodę w tempie stanowisko na pół godziny i z pełnym przekonaniem, że przed 21 skończę myć podłogi i pójdę z wiadomościami do studentów.

    Zawieram też układ z listopadem, że nie będę na niego narzekać a on mi nie podrzuci żadnego doła. Oczywiście samolubność układu wychodzi na jaw, gdy po pięciu dniach jakotakiego zachowanie listopad podrzuca doły wszystkim znajomym wokół i udaje, że nic się przeciież nie stało, bo se poświecił słońcem przez dwa dni z rzędu. Jako, że ktoś musi trzymać fason wywiązuję się z umowy.
    ACZ TO DOPIERO DZIEŃ 6.

    A potem włącza mi się poczucie humoru i próbuję napisać komiczną notkę i nie umiem. Jedyne co potrafię to przytargać do domu stertę książek i mieć nadzieję, że na skutek splotu okoliczności nie będę musiała do nich zaglądać.

    Ale telefon nie odpowiada więc nie wiem. Wygląda na to, że przyjdzie nam się lepiej ze sobą zapoznać.
    Mi i tym książkom w senisie.

    Z roli naukowca wyciąga mnie jakieś podejrzane przeziębienie, niekontrolowanie zmieniam głos i balsamuję gardło jakimś podejrzanym syropem co osiada na przełyku (przełyk po angielsku nie wiem jak jest i nie wiem co w tym śmiesznego) i pozwala spać.
    Wracam dzień później, otulona ciepłem z „Love Actually”, wyciszona „Grey’s Anatomy”, przygotowana do zmagań z kiepsko wyglądającymi widmami i wyrozumiała dla zmagającej się z fizyką uśmiechniętej Sarah.
    Gdzieś w międzyczasie nieopatrznie uświadamiam komuś, że jest za późno dla niego (później się dowiem, że nie miał zamiaru starać się o reaktywowanienas i mu nie uwierzę i tak mi będzie z tego powodu lekko i krzywo jednocześniesize=”1″>), by parę godzin później, w sytuacji absolutnie normalnej i, na pierwszy rzut oka, nieskończenie nudnej, skonkludować, że nie chciałabym być nigdzie indziej z nikim innym i w żadnych innych okolicznościach. Pozwalam wyciągnietym rękom się przytulić i tak zostaję.


    • RSS