staphre blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 12.2006

    Więcej o jedną przesiadkę, o tradycyjnie zawieruszony bagaż, o kolejne makowce bez polewy, o rodzinę jeszcze choć jeden raz razem zebraną przy stole. Więcej o wszystkie wspomnienia, rozmowy, plany. Więcej o zakupy, jazdy, robione herbaty. Więcej o przemyślenia i noce przespane we własnym łóżku.

    I więcej o jeden gest. Niezrozumiały, bo, zgodnie z charakterem gestodawcy, zrobiony z bardzo wygodnego ukrycia i bez możliwości odmachania. Gest przeuroczy, doceniony i – mam nadzieję – dobrze zrozumiany. Niestety jednostronny, a w związku z tym będzie musiał pozostać tylko gestem.
    A szkoda. Bo historia gestodawcy w moim życiu jest jednym z większych dowodów, że nic nie dzieje się bez powodu.
    Oraz, że wszystko co nas spotyka, może nas ukształtować. Byle tylko wysnuć wnioski, i można wspominać bez bólu, goryczy i z uśmiechem.
    Niemniej, drogi Gestodawco, dziękuję Ci bardzo.
    Skorzystam.

    Nie poruszajmy w ogóle tematu brązowych spodnim, które bardzo chciałam sobie dzisiaj kupić.
    Zostawmy może też bez komentarza dzisiejszą paranoję.

    Warto wspomnieć naukę, która przyszła z najmniej spodziewanego kierunku.
    I to, jak bardzo się czuję niepoddenerwowana wyjazdem. Jakbym podążała na pociąg relacji Poznań Główny – Świdwin z przesiadką w Stargardzie Szczecińskim (tematu różnicy w wyglądzie stacji przesiadkowych też może nie poruszajmy).

    Zauważmy, że wszystko wskazuje na to, że w tym roku w TĘ stronę zmieszczę się w jedną walizkę. Nie mówmy w ogóle jak będzie w drugą stronę. Uznajmy, że nie będzie tematu.

    Dostrzeżmy, że jeśli mój bagaż zaginie w tym roku to będzie czwarty rok z rzędu. Ktoś pobije? Chris miał teorię, że jak tylko pojawia się mój numer paszportu odpowiedzialni za bagaż stwierdzają OOO ZNOWU ONA ROBIMY SOBIE JAJA.
    I wysyłają mi bagaż do Chile. Niech się chłopak cieszy.

    Nie wiem co tam jeszcze. To może wrócę do pakowania.

    Czasami w nocy nie mogę spać. Genetycznie tak mam, rodzinnie bardzo, po kobietach. Po tych samych co przez ileś pokoleń rodzą się co trzydzieści lat w lata podzielne przez trzy i z zerem na końcu i po ich siostrach, córkach i ciociach.
    Zrywa się wtedy wiatr, zmienia pogoda, czasami po prostu coś się zdarza, czasami na coś czekam, czasami coś czuję, czasami po prostu myślę.
    Ale myślę rzadko.
    Na ogół siędzę z nogami podciągniętymi pod brodę i patrzę się albo w przestrzeń albo w okno albo po prostu w przeszłość i przyszłość jednocześnie. I tak siedzę a przeszłość nabiera koloru, teraźniejszość staje się wspomnieniem a przyszłość rzeczywistością. I niewiele więcej wiem, niewiele mocniej czuję, ale zawsze przypomina mi się, że nie jestem sama z tą okresową bezsennością często niczym nieuzasadnioną. A jednak zawsze bardzo zasadną.

    Rozczarowuję dziś kogoś mówiąc, co myślę, czego nie zrobię i na co nie powinna już mieć nadziei, mimo że tak bardzo chce. Zły dzień, za dużo pytań, zbyt wielka dosłowność i zbyt dużo oczekiwań. Nie pytam o pozwolenie i nie rozważam innych opcji. Nie pytam bo się powtarzam, a się powtarzam, bo bez względu na to co mówię, wierzy się we własną prawdę. Nie rozważam innych opcji bo je rozważałam we wrześniu na tyle długo, że się dorobiłam zupełnie uzasadnionej bezsenności i dziwnego związku z pustą lodówką, nie opierającego się na strachu przed nią a na przekonaniu, że też można tak żyć.

    A teraz jeszcze gonią mnie paradoksy i ironie. Z których się chyba nawet cieszę. Ale które mnie już nie dotyczą tak i chyba coraz bardziej dotyczyć nie będą. Nie tak.

    Niektórych rzeczy nie zostawia się na następny rok.
    Podsumowuję wszystko i zapisuję prawdy objawione tego roku. I wszystkie doświadczenia.
    Niektórych nie nazywam głośno, by nie zapeszyć. Innych nie nazywam w ogóle, bo nie znam tych słów. Pozostałe nazywam

    A w międzyczasie babcinym przesądem nie pozwalam Dwayne’owi położyć czapki na stole. Nie kładź mówię, bo się będziesz kłaniał. Pyta, czy to „opowieść starej żony” a ja na to że nie żadna opowieść starej żony tylko porządny polski przesąd mojej babci.
    I kłanianie się może być jego a nie moje ale w moim mieszkaniu żadne czapki na stole leżeć nie będą.

    A głęboko ukryty ten sam gen rozpiera się w środku z dumy.
    Dziedzictwo.
    I to jakie.

    Merlot bdb.

    Czasami najlepszą rzeczą, która może się nam zdarzyć jest zupełny brak oczekiwań. Nie patrzymy w górę, nie spoglądamy do przodu. Siedzimy i patrzymy i rozmawiamy i nagle wszystko staje się takie oczywiste.

    Boję się przywiązywać wagę do tych dobrych rzeczy, bo doprowadziłam się kiedyś do tego, że na siłę ich szukałam. Teraz pozwalam się im oplatać, układać. Zapadam się w nie. Doczekuję się pierwszego nieporozumienia po ponad miesiącu odkąd „robimy to co robimy albo czego nie robimy”. I jakoś przez nie przechodzę, bo przecież życie składa się z nieporozumień i niedomówień. I chyba tak naprawdę wystarczy w drugiego człowieka wierzyć by chcieć wszystko poukładać.

    Kupuję prezenty myśląc o tych wszystkich bliskich, których już tak niedługo zobaczę.
    I tak mi jakoś bezsennie i ciepło i dobrze.
    Aż się boję powtarzać za Faustem.

    Za wielu rzeczy się boję.

    Rozbieram system stabilizacji spektrometru na części. Odkręcam śrubki, podtrzymuje tablicę, mam świadomość z czym igram i co ewentualnie mogę zepsuć. Wyraz zaufania na twarzy promotora jednocześnie sprawia, że się bardziej boję i bardziej w siebie wierzę.
    Ale więc igram. I jak się okazuje, nie najgorzej mi to idzie. I nawet po profesjonalnej wymianie pokrętła nadal mi idzie nie najgorzej.
    Podobno naprawdę z doktoratem przychodzi pewnien stopień spoufalenia ze sprzętem. Chyba powinnam zacząć ze swoim rozmawiać. Na tyle ile ma śrubek, kabelków i układów scalonych może mieć kawałek sztucznej inteligencji. Niczego w tej kwestii nie wykluczam.

    Wykluczam natomiast niektóre sprawy w kwestii nowej sytuacji życiowej. Te bardziej przyziemne i te mniej, te wewnętrzne i te zewnętrzne.
    Zostaję powoli sama z faktem, że czas zacząć interpretować wszystkie zachowania, nie tylko te niektóre. Oraz z przyczepioną do tego faktu informacją, głoszącą, iż tych dobrych zachowań jest więcej.
    Zapinam kurtkę, pytam o szalik, podaję lekarstwo. Przytulam i głaszczę. Budzi się we mnie jakaś tkliwość, w którą chyba trochę przestałam wierzyć.
    Może faktycznie doszłam do tego rogu za którym stoją aniołowie.
    Ci sami, co uprzedzają zdarzenia i spełniają marzenia.
    Jak co roku.

    I jak co roku w tych okolicach próbkuję muzykę mężczyzn o szorpatych głosach. I jakoś tak mi inspiracyjnie i ciepło. Jakby święta nadchodziły bardziej wewnętrznie niż kiedykolwiek.

    Jeśli licznik nie ściemnia w niedzielę czas oficjalnie się udać do schowka po walizkę.

    Tu.
    Czy to oznacza, że jestem niepoważna? Rozpuszczona? Bezczelnie nierealistyczna? Absolutnie samolubna? Rozmarzona? Odległa od ziemi?

    Pfff.
    Nawet jeśli.


    • RSS