staphre blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 4.2007

    Wiem, że są dziś blisko.
    Wiem.
    Zawsze są jak jest gorzej, smutniej, dalej.
    Wszyscy.
    Naprawde, mocno wierzę, że są.

    I jak się zastanawiam kto najbardziej, to nie mogę się otrząsnąć z myśli, że dziewięć lat temu, 24 kwietnia, kończyłam szkołę średnią.

    A komputer bez żadnego powodu zapodał tę samą piosenkę, którą Mateusz puszczał na próbach (okropną i plastykową, różową do bólu zresztą).
    Trudno nie wierzyć w nic.

    Nie myję w sobotę okien z zewnątrz, bo przecież będą wkrótce wymieniać a poza tym jest tak zimno, że słabo się widzę na dworzu z sweeperem co gets cleaning the all new meaning.
    Za to dwukrotnie zamiatam podłogi.

    Afirmuję.
    Znowu się cieszę mrówką, ważką, biedronką, krokusem i zapachem suszącego się w suszarkach bębnowych z wylotem na zewnątrz oraz w mojej łazience za wieszakach prania.

    Odkrywam.
    Dostrzegam pierwsze pąki, coraz cieniej śniegu na ścieżkach, kolejne bezwietrzne dni i jak bardzo nie pasuje śnieg do kwietnia, nawet taki pięciominutowy flurry bez następstw.

    Układam.
    Odnoszę na wyprzedaż to, czego nie nosiłam przez cały rok, co się już na mnie nie mieści, co wisi i co nie pasuje. Czyste, poprasowane, złożone w ładnym pudełku. Po dziadku to mam, zgaduję. Podbnie jak parę innych cech które w sobie lubię.
    Dłonie mam po babci. Dłonie też w sobie lubię.

    Nie wstydzę się tego, że trochę mi smutno, trochę jestem daleko ale za to bardzo wdzięczna za ten ponad godzinny spacer.

    Akceptuję więc fakt, że naprawdę komuś tu na kimś widocznie zależy.
    Bo co mi zostaje?

    Przecież nie będę się jak osioł całe życie bać tylko dlatego, że przeszłość ma takie duchy jakie ma…
    Pół roku czas najwyższy by przeszłość odstawić do przeszłości.

    Co się jakoś wzięło i uczyniło.

    Znowu patrzę przed siebie.
    Afirmuję dni.
    Kupuję książki, słowniki i notesy.
    Opisuję co się dzieje.
    Czytam, czytam, czytam.
    Harcują mi w głowie myśli.
    Analizuję jakby mniej.
    Nazywam rzeczy po imieniu.
    Intryguję niektórych.
    Emanuję ciepłem.

    Uprzejmie donoszę, że mam dziś otwarte okno na zakładzie. Nie żeby było AŻ tak ciepło, nie wyobrażajmy sobie. Nie mamy aż tak wygórowanych oczekiwań w stosunku do Nowofunlandzkiej pogody. Wczoraj, PIERWSZEGO KWIETNIA padał śnieg i trzymał mróz. Nie spodziewam się kwiatków, nie spodziewajmy się czystej trasy wokół jeziora. Ale otwieram okno bo JEST KWIECIEŃ, wbrew pogodzie, temperaturze i kolegom z biura.

    Ten śnieg pierwszego kwietnia kazał na trochę myślom wrócić do pierwszego kwietnia cztery lata temu. Najpierw by nie uwierzyć, że cztery lata a potem by się zamyślić co to wszystko znaczy. Nie dojść do żadnych wniosków, poza tym, że chyba zawsze należy myśleć, że można nie zdążyć. I nie ma co odkładać, bo można nie mieć na kiedy.

    I oczekuję wiosny.
    Szybko.
    Bo mam takie ładne klapeczki i już nie lubię żadnych moich rajstop ni pończoch.
    Nawet tych oliwkowych z kwiatuszkami.


    • RSS