staphre blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 10.2007

    Spałam trzy godziny z przerwami. Nie powiem o czym myślałam ale doprawdy mogłam sobie podarować.
    Jak już zasnęłam śniło mi się jedno oko zielone i dwa brązowe i w sumie nie wiem co jeszcze ale wszystkie trzy na mnie patrzyły. TAK się na mnie patrzyły i mnie to peszy a we śnie nie peszyło.
    Na szczęście Mark też nie spał za dobrze ale jego żona jest w dziewiątym miesiącu ciąży więc on choć ma wytłumaczenie.
    Na pracowni wyglądał tak samo jak i ja, więc nie musiałam się wstydzić. Tworzyliśmy zgraną grupę prowadzących-zombie, och nie czepiajmy się, Halloween wszak za tydzień.
    W biurze nasłuchałam się o kaloriach w jabłkach, motorach, drogich samochodach, węglowodanach, wadze, diecie i odchudzaniu i po raz milionpięćsetny jak się zrzuca około 60 funtów. Też prowadzę dialogi na cztery nogi o czterech literach narzeczonej Janosika no ale doprawdy są granice.
    Mam na co zwalać ale nie można wszystkiego obarczać syndromem mężczyzny doskonałego. Tudzież zwalać na daty i rocznice, weź się kobieto ogarnij może do jasnej Anielki.

    Walnąć komuś?BO JA CHĘTNIE

    Mam ostatnio, doprawdy, bogate życie towarzyskie. Żyję więc sobie na pełen etat, praca i szkoła, projekt i rozrywka, kino i muzyka, literatura i sport, randki i spotkania z koleżankami, kawy i herbaty, lunche i kolacje, noce i dnie.
    Khm.
    To prawie półtora etatu.
    I nawet w tym wymiarze jest czas jeszcze na trzy godziny w pogotowiu z „nowo poznanym przyjacielem” oraz na kibicowanie koledze w konkursie na najlepsze narzekanie.
    Chwilowo niemniej pogryzam orzeszki i odwlekam poprawianie raportów.
    I marzę. I się inspiruję.
    Khm.

    łudki i kanki

    1 komentarz

    Byłam wczoraj jeździć na łyżwach.
    Katatsa na kankach (ze znakiem miekkim tu i ówdzie).
    Miło było. Terapeutycznie.
    Arielle ma rację. Jeżdżenie na łyżwach jest lekiem na wiele zeł.
    Ponadto przeprowadziłam rozmowę o kaczce gumowej i rzucie ukośnym zakończonym przekazaniem momentu na wysokości metra osiemdziesięciu. Podarowałam sobie najoczywistszy z wniosków, pozostałam przy tym przytoczonym przez wrronę, że może w Polsce możnaby się czuć urażonym, ale tu. Doprawdy.

    Ogólnie tak mi weekend minął na zbieraniu się do przemyślenia paru kwestii.
    Przemyślałam:
    -kwestię organizacji zajęć. W tym kolor segregatora do papierów.
    -kwestię problemów. Ich istnienia, rozwiązywania, konfrontowania, ważności (Ally McBeal po raz kolejny się kłania) oraz wymyślania.
    -kwestię bycia szefową. Nie lubię.
    -kwestię trzymania języka za zębami. Generalnie dobrego ustawiania tego w czasie i okolicznościach i nie nadużywania tej umiejętności.
    -kwestię ignorowania.
    -kwestię języków obcych. W szczególności wymowy różnych rzeczy. Imion na przykład. Nazwisk. Dni tygodnia.
    -kwestię prezentu urodzinowego. Dla Gale w tym wypadku.
    -kwestię wizy.

    Natomiast nadal nie przemyślałam tego, co ładnie podsumowuje poniższy cytat. Wiem dlaczego.

    „As tough as wanting something can be, the people who suffer the most are those who don’t know what they want.

    Nie ma chyba w mojej rodzinie takiego drugiego dubletu dni, acz wiele rzeczy zdarza się w dni historycznie istotnie, nieodległe, bądź tworzące interesujące wzory na kalendarzu.

    Jako dziewczynę, która oglądała Ally McBeal i słuchała co szczuplutka prawniczka miała do powiedzenia, urzekają mnie podwójne standardy, w szczególności te, które powodują założenia i spekulacje oraz te, które prowadzą do dalekosiężnych a niczym nie popartych wniosków. „Lubię” jest oczywiście tak ironiczne jak tylko może być, bo póki założenia i spekulacje nie dotyczą mnie a do wniosków na użytek własny dochodzi ktoś inny to podwójność jest ironiczna ale urocza i niesamowicie łatwa do wykazania. Tym samym w ostatecznym rozrachunku, jako że nie będzie miała znaczenia za rok, miesiąc czy może nawet jutro, tylko i wyłącznie zabawna.
    (Bardzo mi natomiast ciążą te podwójne standardy, które krzywdzą. I na te reaguję, często niestety za cicho i za mało gwałtownie i bywa, że nie do właściwych osób. Ale to już ja się muszę nauczyć lepiej to załatwiać.)

    Ale oczywiście, płyciuchno, lubię, jak mi się otwiera drzwi. Przepadam, jak się nie przeklina w mojej obecności, tylko dlatego, że jestem dziewczyną. Czuję się głupio przenosząc sterty klamotów albo siatki z zakupami, gdy obok mnie idzie facet.
    (nie tam żebym nie była przyzwyczajona)

    Lubię sobie myśleć, że dwadzieścia-siedem lat temu był ładny październikowy dzień. Lubię sobie wyobrażać, że jedynka, dwójka i siódemka zakręcały na pętli na „Ogrodach”. Przepadam za firanką, którą wiatr wywiewał z okna otwartego po to, by ktoś mógł zobaczyć, co się dzieje w środku. Nadal wiem, że chciałabym poznać te dwie młode pielęgniarki. Spekuluję, że musiało już pachnieć jesienią, ale wierzę, że nie trzeba było jeszcze nosić kurtki.
    I zdaję sobie sprawę, jak kobieco generuje mi się wspomnienie, którego przecież mieć nie mogę, bo nie dotyczyły mnie ani kurtki (nosiłam śpiochy), ani tramwaje (istotny był wózek) a o istnieniu październików nawet nie miałam pojęcia (choć w sumie kto mnie tam wie).

    Samolubnie skupiam się na dziś nie na jutrze.

    Jakiś czas później mam wrażenie, że zatoczyłam wielkie koło (czasami trzeba przejechać pół świata by zatoczyć pełne koło), a dokładnie ósemkę i kopnięty owal i jakimś cudem jestem dokładnie w tym samym miejscu.

    Jeśli dojrzałość polega na poczuciu wyprania to ja dziękuję.

    Jeśli trzymanie się z boku jest zawsze mądre i rozsądne to czemu tak zalatuje tchórzostwem?

    Mam tyle lat, ile mam.
    Widziałam, co widziałam.
    Było jak było, jest jak jest.
    Prychanie i niepodejmowanie tematu tego nie zmieni.

    Naprawdę nie znam życia. Miłości. Ani chmur.
    W ogóle.


    • RSS