Co to ja chciałam…
A…
j’etudie le francais ce soir.
Jak mi idzie to widać :).

Bo wiecie… śnieg spadł. Biało się zrobiło, tak naprawdę.
Biało takim prawdziwym, puchatym, lekkim, nielepkim śniegiem. Biało obietnicą sanek i nart, biało przyrzeczeniem, że wszystko się zaookrągliło, że wszystko się rozjaśniło, zrobiło bardziej przytulne i miłe.
Odliczanie wskazuje bardzo małą liczbę. Liczba pozycji na liście rzeczy do zrobienia naprawdę przestała mieć znaczenie. Mają za to znaczenie światełka w moim oknie, gdy wracam wieczorem do domu.

I nagle przestaję mieć kontrolę nad tym jak bardzo jestem dorosła.

I tak po cichu sobie myślę, że już tak niedługo. I może być różnie, i to też nie ma znaczenia, bo będziemy dekorować, rozmawiać, palić w kominku, spać na podłodze pod choinką, czytać, patrzeć, pić kawę i po prostu być.

Niektórych rzeczy nie są w stanie zepsuć żadne okoliczności. Tak długo, jak się ma ochotę być pochodnią, iskrą, świeczką w ciemności.
P(r)z(ed)nie są te kartki.

To idę rozświetlać sezon :).

A na koniec…
Specjalnie w sumie dla mojej mamy, ale tak naprawdę dla wielu innych osób też.
W KOŃCU KTOŚ JĄ WSTAWIŁ…