staphre blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 1.2008

    z wyłączeniem śpiewu

    Wieczorem zasiadam z kieliszkiem wina. Wyjątkowo NIC się nie wydarza w akademiku, więc spokojnie piję, rozkoszuję się Z hiszpańskim, słonecznym, lekko cierpkim.
    Może nawet zawiało mi Barceloną. 
    A potem mam sen. I śni mi się Gary Oldman.
    Sen jest bardzo niepoprawny moralnie i politycznie. Generalnie zaczyna się w barze na George Street, wpadamy na siebie z Garym, coś tam pijemy (nie wino, o nie), gdzieś tam łapiemy się za ręce, gdzieś tam tańczymy, Gary i ja, gdzieś tam się obejmujemy, bliżej, mocniej, na dwór, spacer.
    Wracamy do mnie.
    Ja i Gary Oldman wracamy do mojego mieszkania, w akademiku, zamykamy drzwi.
    No.
    Dzieje się dokładnie co się dziać nie powinno.
    WE ŚNIE.
    Rano stoję w staniku i czerwonej spódnicy, TEJ czerwonej spódnicy, myję zęby, kremuję twarz, suszę włosy, nakładam makijaż. Gary wchodzi do łazienki gry próbuję sobie nie wsadzić maskary Givenchy do oczu. Patrzy się na mnie zza ramienia, przez lusterko i mówi: „Wyjdź za mnie.”
    No miło mi się robi.
    Ale mówię, jako że nawet we śnie zachowuję wszelkie cechy charaktrerystyczne, odpowiadam: „Czyś ty oszalał? Byłeś tu jedną noc, masz dwoje dzieci, wyrok za DUI, czy ty mnie masz za idiotke? Wybacz Gary miło było ale doprawdy. PO JEDNEJ NOCY?”
    Na co Gary, że jemu zależy i będzie tu przylatywał co weekend żeby mnie widzieć. I żebym mu dała szanse.
    Hmm.
    Potem nie wiem co się dzieje ale ja jestem sobie na mojej zielonej kanapie a Gary jest w telewizji w tok szole u kogoś i pada pytanie „Jak poznałeś swoją obecną żonę?”. Na co Gary odpowiada: „Nie mogę o tym mówić bo moja żona jeszcze nie powiedziała swojej mamie a obiecałem jej, że z telewizji się nie dowie.”
    Więc taki mam sobie sen po kieliszku wina.

    Dzień później zasypiam bez Z.
    I co.
    ŚNI MI SIĘ GNOM.

    Wnioski myślę nasuwają się same.

    Miałam w sumie napisać jutro, ale się boję, że mi w ciągu nocy ucieknie.

    Bo to, oprócz tego, że strasznie zimny, był w sumie naprawdę zwykły dzień.
    Może go trochę odzwykliłam kupieniem sobie haftowanego stanika i (w końcu) kapci, by nie chodzić po domu w grubych skarpetach. Może trochę go przesunęłam w kierunku dnia podsumowującego, spisując w liście do kolegi, bardzo w skrócie i już z perspektywy zeszły rok. Może nadałam temu dniu jakieś znaczenie.
    A potem wróciłam do domu i przeczytałam wiadomości.

    I w sumie nie mam nic do powiedzenia. Poza jednym.
    Nic się nie wie.
    I w sumie w tym przypadku bardzo dobrze, bo się wiedzieć nie powinno.
    Są natomiast takie momenty, gdy wiedzieć trzeba. Gdy należy się pytać, wtrącać i stać, gdy najgorsze, co można zrobić to nic.
    Bo na przyjaciół trzeba uważać. Wiem, banalne. Tak sobie tylko zapisuję, żeby nie zapomnieć.
    I od razu uświadomiłam sobie, że tak naprawdę mogłam przecież tego dwa-tysiące-siódmego nie przejść. Mogłam wyjść z niego bardziej wymiędlona, mocniej poturbowana niż wyszłam. A udało mi się, bo byli ludzie, którym zależało, by się udało. Ci, którzy nie dziwili się niczemu i po jednym „jesteś pewna” spokojnie siadali koło mnie. Ci, którzy budzili mnie rano i czekali aż zasnę wieczorem, mimo że ani jedno ani drugie nie grało z ich rozkładem dnia. Ci, którzy mimo znacznie większych własnych kłopotów chcieli się zatrzymać i wysłuchać i rozumieli i ani trochę nie dali odczuć, że powaga kłopotów w skali jest naprawdę mizerna. Ci, którzy czytali w nieskończoność te same maile o trwaniu i nieprzemijaniu i odpisywali dobrymi historiami o zbrojach i kruszeniu kopii. I ci, którzy wiedzieli mniej a czuli więcej.

    I taka się czuję, mimo lekkiego zszokowania wiadomościami, szczęśliwa.
    Bo ja w tym roku miałam przyjaciół.
    I oni mnie bardzo nie dali. I nie pozwolili się dać.
    I piszę, żeby zapamiętać.

    O rozmiarach chciałabym powiedzieć, cytując genialną wypowiedź z czasów mieszkania na Chrobrego, iż są <i>różne w różnych miejscach</i>.
    Można to interpretować w dowolny sposób, od fizycznego, przez dosłowny, metafizyczny, seksualny, filozoficzny, zboczony po czysto kobiecy. Jednakowoż rozmiary SĄ różne, nie tylko dlatego, że jedna para spodni w rozmiarze piątym zwisa mi z tyłka podczas gdy druga w tym samym rozmiarze uroczo go opina, podczas gdy ten sam tyłek, przy dozie dobrej woli (więc na przykład przedwczoraj) mieści się również w rozmiar drugi. Są również różne, dlatego, że od jakiegoś czasu mieszczę się w rozmiar_długo_niewyobrażalny a z lustra i zdjęć patrzy na mnie ta sama osoba. Bez fałszywej skromności, wiem, że mi się zmniejszyły gabaryty. Nie widzę, żeby AŻ tak. Wiem, że może być to spowodowane nie faktem, że cały przemysł odzieżowy postanowił oszukać kobiety i sprawić, by czuły się lepiej (genialne) i zmienić „elki” w „emki” a „emki” w „eski” natomiast poczciwe „eski” w „ikseski” itd., ale faktem, że (prawdopodobne) mam coś z głową, niemniej jednak. Rozmiary są różne. I na tym poprzestańmy.
    W fasony nawet nie wnikam.
    Natomiast, jako prognozę na te lato, usłyszałam gdzieś (w sklepie), że zielony jest nowym czarnym.
    Alleluja, jedno lato będę modna.
    (nie zaposiadam letniej odzieży w innych kolorach niż zielona).
    (choć pewnie mi się odwidzi i zacznę się kochać w fioletach)

    Co do wyrażeń.
    Przeczytałam gdzieś (zeberka), że OKO NALEŻY OTWORZYĆ makijażem.
    Ja sobie wypraszam.
    Oko to ja otwieram sama.
    Czasami, jak dziś, wielką siłą woli i poczucia obowiązku.
    Makijażem to ja je odziewam.
    Cobym nie wyglądała jak moje studentki, ale ono tego nie wie.
    Coby było ładne i czuło się dopasowane do całej reszty.

    Chyba się uzależniłam od fejsbuka.

    Najpierw spełniłam swoje marzenie o zielonej bluzce. Po prostu weszłam, zobaczyłam, że jest w tym rozmiarze co wszystkie moje bluzki z tego sklepu ( charakteryzujące się tym, że dopinają się na biuście rozmiaru C drukowane łamane przez D jednocześnie nie odstając w ramionach ani na brzuchu, niewiele bluzek z niewielu sklepów tak ma), nawet nie zauważyłam, że jest na przecenie, zaaferowaną panią sprzedawczynię zapewniłam, iż już posiadam dokładnie taką samą w kolorze czerwonym więc daruję sobie mierzenie, zapłaciłam i wyniosłam ze sklepu.
    Bluzka jest zielona, nie da się ukryć. Nie oliwkowa, nie seledynowa, nie miętowa. Jest kwintesencją zieleni, wspomnieniem butelek na parapecie, jodłowych igieł, takich oczu jakie chciałabym mieć. Jest też niesamowicie inspirująca.
    Dziś rano podrasowując sobie oczy tuszem nieprzyzwoicie luksusowej firmy co go dostałam pod choinkę od kogoś, komu bardzo zależy na prezencji moich rzęs, doszłam do (jakże logicznego) wniosku, że miło by było by oczy pasowały mi do tejże bluzki-spełnienia marzeń.
    Co prawda malarz Pędzelek z jednej z moich ulubionych bajek o karzełkach twierdził, że można założyć niebieską sukienkę ale nie można sobie wstawić błękitnych oczu, ale od czasów malarza Pędzelka nieco się zmieniło.
    Na przykład powstał film, w którym Agrado, ratując przedstawienie mówi coś, co chyba buduję samoocenę lepiej niż wszystkie magazyny i poradniki, tak gorliwie wywalane do kosza w czołówce Bridget Jones.
    Otóż Agrado mówi tak (tłumaczenie jest moje, więc tak, jak ja to rozumiem):
    Mówiłam, że bardzo drogo kosztuje bycie autentycznym, proszę pani. I nie można się tego za bardzo czepiać, bo jesteś bardziej autentyczny im bardziej przypominasz to, czym marzyłeś by być.”
    Tyle w sprawie zielonych oczu. Bardziej zielonych.

    Nieco mniej w sprawie, że protekcjonalnie myślę o wniosku kolegi, jakoby niechęć do musu zasiedlenia i osiedzenia, domku z ogródkiem, kota, psa i recepty na to, jak być powinno była równie wywrotowa jak próba udowodnienia, że nie musimy oddychać, bo jedno i drugie zabija. Wplata się to w kilka, mniej lub bardziej bezpośrednich dyskusji o wolności i od razu przypomina mi pytania o hierarchie wartości (nie zmieniam zdania w tej kwestii, acz obchodzącym jutro/dziś, w dzień Martina Luthera Kinga, urodziny, życzę, zgodnie z systemem wartości, by byli szczęśliwi).

    A na sam koniec czuję się strasznie odpowiedzialna za to, co mówię trzy dni w tygodniu przez 50 minut.
    Ale tę kwestię muszę jeszcze przemyśleć.
    Nie, nie mam złudzeń. Ale świadomość, że mogłabym mieć wpływ na jedną z tych osób mimo wszystko spowalnia mi proces zasypiania.
    Jak robić dobrze, to, co się w życiu robi i skąd się wie, że „najlepiej jak potrafię” to dosyć?

    Jak pół Światowida
    Mam dwie twarze

    Patrzę jednocześnie tu gdzie jestem i albo na wschód albo na zachód.
    Wychodziłoby zatem
    że dwie twarze i trzy pary oczu
    Ale tylko rozróżniam tu i tam

    Na dwoje wróżę nawet jeśli pojedynczo
    Żyję do podwójnych standardów
    Pod dwoma numerami telefonów
    W parzystej liczbie ról
    Nawet między poziomami skaczę
    Dwie różne opcje na przyszłość
    Pewnie i jedna plus jedna na teraźniejszość
    I emituję dwa rodzaje fal

    A na to samo
    Spoglądam z obu stron

    Może mam lepszą perspektywę.
    Może.
    Na pewno mam dualizm
    kontynentalno kulturowy
    Jednocześnie na plus i na minus

    Nawet jak się plecie życie to sinusem


    Telefon zadzwonił o 2:15.
    Uważam, że przegiął, zwłaszcza, że się nie odezwał, nie zostawił wiadomości i nie dał żadnego znanego numeru. Nie podejrzewam nikogo, może kogoś olśniło, że źle zadzwonił, gdy zgłosiła mu się sekretarka (haj, dis is Ania, aj kent anser de foun rajt nau, pliz liw e mesydz after a toun, aj uil get bak tu ju as sun as aj ken). Niemniej ten telefon, hałas na korytarzu, cisza nocna namiętnie ignorowana i próba stworzenia logicznego grafiku dyżurów nieodmiennie sugerują, że zaczął się nowy semestr.
    Nauka z tego płynie po raz kolejny taka, że nie może i wszystko dobre, co się dobrze kończy, ale początki semestru takie jak te nie są wcale najgorsze, oby nie było gorzej.

    Co to podsumowań za rok 2007 (jakieś mu się tam należą, nie żeby był dobry, bo generalnie był trudny, naszpikowany, bardzo uczący, mhm, nie będę mówić, że niektórych lekcji wolałabym nie mieć bo nigdy nie wiadomo co ci się w życiu przyda). Nie był z pewnością zmarnowany. Nie był łatwy do zapomnienia. Zrobił z siebie taki punkt odniesienia na „przed” i „po”. I mam dziwne wrażenie, że na jakiś czas takim punktem odniesienia zostanie.
    No ale może nie mówmy hop póki nie przeskoczymy, bo jeszcze 2008 mnie zaskoczy, wyda mi powieść,  pomoże odkryć jakieś cudo wianek w nauce ścisłej co z nią jestem w związku, wyda mnie za mąż i załatwi mi nominację do oskara na luty 2009.  I będę wtedy mocno wygrzebywać 2007 z pamięci.
    Jeśli się czegoś nauczyłam w 2007 to tego, że naprawdę jestem odporna na wiedzę w pewnych dziedzinach życia. I Bogu dzięki za dobrą pamięć, co mi przypomnia że następuje ripley. Utalentowany Mister Ripley.

    A jeśli chodzi o postanowienia na 2008 to mam. Cztery. I jeszcze żadnego nie złamałam.
    Z czego pierwsze będę wiedziała czy złamałam dopiero za 329 dni. A pozostałe codziennie i natychmiast.

    To co.
    Idę kończyć notatki może.
    W końcu jutro zaczynam wprowadzać 75 sztuk młodzieży w kulisy fizyki.
    Kto wie. Może któreś z nich też się zwiąże? Mimo, że u mnie nic nie będzie rozumiało.
    Nigdy nie wiesz czego kogo uczysz. Na wszelki wypadek nie mówi HOLI SHIT przy dzieciach.


    • RSS