staphre blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 4.2008

    „Nie mam zielonego pojęcia co robisz Panie Boże” – pomodliłam się wieczorem, tak samo jak przedwczoraj i dzień przedtem nawet też – „ale zakładam, że Ty wiesz.”

    Rozglądam się tu i ówdzie, trochę sobie przez lewe ramię. Szczerze rozważam posianie rozmarynu przy furtce do ogrodu i wcale mnie nie zniechęca fakt, iż nie posiadam furtki. Suszę, nieco przypadkowo, miętę i rozcieram w palcach bazylię. Trochę czaruję, trochę unikam a trochę przerzucam między palcami i między linijkami.
    Mocno rozważam zakup nowego zeszytu, bo mam przeczucie, że obecna sytuacja lokalna na niego zasługuje. Nie tylko Pudd ma przeczucia.

    Globalnie rozsyłam ciepłe myśli ku Signal Hill. Wiem, że stamtąd pomkną jak za czasów Marconiego dokładnie tam, gdzie trzeba. Ufam technice, ufam myśli, ufam rozsądkowi. Tylko że w tym przypadku, jedyne znane mi pojeście spektakularnie zawodzi. Jak tu.
    I no. Wiadomo co.

    Albert E. słusznie mówił o wyrafinowaniu Najwyższego. A potem dodał coś o perfidii. Nie wiem czy to perfidia, ale dobrze by było by niektóre rzeczy się okazały warte mojego kręgosłupa.

    „Sami kreujemy swój los, ale nazywamy to przeznaczeniem” obwieściło chińskie ciasteczko na fejsbuku wkomponowawszy się idealnie we wszystkie dzisiejsze przemyślenia.

    I tyle.

    „Ile można tak żyć na palcach?” – spytał Andrzej Zaucha i chwilę później wszystkie rozkłady jazdy pozmieniano w bardzo wygodny sposób.

    (Nie umiem rozdzielić tych piosenek, bo w moim Paryżu z pocztówek jeździły tramwaje i zawsze jakoś stawały tam, gdzie akurat było im-mi wygodnie.
    Nie byłam co prawda serca biciem ale za to księżyce były bardzo rozmowne.)

    W kontekscie rozstrzskiwania się ideałów o chodniki, Zaucha ma zupełną rację. Najsmutniejsze są te bruki, których nie tknęły ideały, te polerowane tylko podeszwami. Te dotykane mocno uczącymi momentami, gdy okazuje się, że coś pękło i złudzenia rozpryskiwały się zostawiając tylko szybko schnące resztki mają tę przewagę, że widziały ideał i pozwoliły życiu go zweryfikować.

    I tak wierzę, że warto się niesamowicie starać nawet dla takich trzech maili na osiemdziesiąt sześć osób.

    „W niektórych warunkach” mówi moja książka do fizyki warstw i wylicza warunki „fale jednorodne po przejściu przez granice dwóch ośrodków stają się niejednorodne, co wynika z tego prostego prawa co się go uczyłaś w liceum.”

    Oglądam się w lustrze w nowym płaszczu z podszewką w kolorze mojej okładki na paszport i z pięcioma kropkami wyszytymi na rękawie. Może i mam problem z ubraniami, ale niewątpliwie jestem stworzona, by być bogatą. Znaczy nie by być bogatą, ale by wydawać pieniądze na ubrania. Nigdy nie wyglądam szałowo w rzeczach niedrogich, z wyprzedaży i lumpeksów. Przenigdy. Za to zawsze w takich płaszczach. Sukienkach do kolan. Pantoflach na krzywej szpilce.
    Czy ktoś mi to może wyjaśnić?

    A potem w drodze do pracy ogląda się za mną elegancko ubrana kobieta pracująca w budynku obok. A zaraz potem student z akademika po drugiej stronie kampusu. Ona bardzo otwarcie, on tak, że widzę tylko odbicie w szybie. I uśmiecham się, bo moge ego ma łaskotki i nic na to nie poradzi.

    W międzyczasie ogarniam wzrokiem urocze nieporozumienie. Waham się, ale to takie miłe urocze wahanie. Nie żeby lubienie tego, co się dostaje sprawiało mi jakąś nieziemską trudność, ale może czas spróbować czegoś innego. Choć odrobinę.

    -Ależ to oczywiste, że Twoje włosy odrastają takie ciemne – mówi Stewart – one jeszcze nie widziały słońca.
    Gdzie miały widzieć, ja się pytam. Przecież nie w tym kraju, w którym siódmego kwietnia śnieg zasuwa w poziomie i uderza w tył głowy gdy ja spokojnie we włoskich pantoflach z kokardką udaję się na wizytę lekarską. Gdzie miały widzieć, gdy ani Hiszpanii, ani Kalifornii ani nawet złamanej Australii.
    DOPRAWDY.
    Amerykę odkrył.

    -Ten lekarz – konspiracyjnie dodaje przystojny stażysta – niestety zostawia speculum w środku między badaniami. Ja wiem, jak się czujesz to jest nieprzyjemne.
    NIE NO – koryguję z właściwym sobie dążeniem do udowodnienia, że mam rację – NIE WIESZ.
    (No bo chyba że nie zauważyłam czegoś, EWIDENTNIE jest rodzaju męskiego). Przyznaje mi rację i potem ze stresu nie może właściwie niczego przeprowadzić.
    Żeńskim głosem uspokajam go, że przecież luzik, każdemu się może zdarzyć. Mnie się nie zdarza, bo nie pracuję ze speculum i kobiecymi ciałami zbyt często, w zasadzie wcale. Ale przecież upuszczam próbki i źle podłączam przewody. Na to samo wychodzi. Nauczy się.
    (W międzyczasie udaje się po inny rozmiar a mnie się chce wielowątkowo śmiać).

    - Nie wierzę – mówi Nicole – że z trzech bilionów osobników męskich, odrzućmy połowę na dzieci i pół biliona na gejów, nie wierzę że w bilionie osobników nie znajdziesz takiego, który sprawi, że zapomnisz albo choć na chwilę przestaniesz myśleć.
    Jak każda kobieta, myliła się rzadko w zasadzie wcale.

    -Bo to tak jest proszę pani – powiedziała dobitnie świadomość – jak się czyta Marqueza, żeby się rozgrzać w tym układzie, w którym drugiego kwietnia nad ranem pada śnieg to potem się proszę nie dziwić, że się ma myśli jakie się ma i śni o czym się śni.

    Taka myśl o centrach świata. Że mój się kręci wokół mnie i przecież musi być tak, bo jak miałoby być inaczej. I czy na przykład śnieżyca dwa tygodnie temu przyszła, bo mi był tak strasznie potrzebny dzień wolny czy też przyszła niezależnie od tego, a moja potrzeba została zaspokojona zupełnie przypadkowo? I skoro mój się kręci wokół mnie, to musiałoby znaczyć, że światy innych kręcą się wokół nich. Ma to sens w momencie gdy ktoś odchodzi – nie zawala się nic i życie toczy się dalej, bo wszystkie małe centra mass doświadczyły może małego przesunięcia, zaburzenie wyciszyło się w funkcji odległości a lepkość i sprężystość materii sprawiła, że w przybliżeniu naprawdę stało się tak, jak gdyby nigdy nic nie było.

    Albo taka myśl o koronkowych, prześwitujących gatkach zakupionych no umówmy się Bóg wie po co. Chyba, żeby Stefan miał na co popatrzeć, bo doprawdy.
    I jest w tym coś z wielkiego McBealizmu i głęboko egoistycznej miłości do osoby własnej, i niezgody z tym co pisze Marquez, że można robić coś dla siebie. Że nie musi być komu patrzeć ani czemu służyć, by odziać własny tyłek w fikuśne gatki i przez chwię rano, między herbatą a jogurtem spojrzeć na siebie w lustrze.
    Jest w tym jakaś afirmacja siebie, zgoda na wiele rzeczy i, choć wiadomo, że sam fakt obserwowania rzeczy sprawia, że ona się zmienia, nie znaczy, że bez obserwacji nie istnieje, nawet jeśli nie jesteśmy w stanie określić ani prędkości ani położenia.

    Albo na przykład taka myśl, że Marquez jest pomarańczowy i pachnie nie farbą drukarską a liliami, tymi białymi co je regularnie w 2003 podbierałam Babci z ogrodu. I że czyta się go na rozgrzanie i że grzechem jest trzymanie jego książek i nie przekazywanie ich dalej, bo trzeba czytać i wiedzieć. Nawet jak jest melancholijnie i smutno i pachnie piaskiem i szorowanym drzewem.

    Co mi przypomina, że widziałam taką podłogę, jaką chcę mieć w sypialni jak będę duża i osiądę.
    I jak nie osiądę zresztą też.

    A z tymi snami to jest tak, że śni się tylko dobre, i żonkile i czysta pościel. I śnią się dzieci i oliwa z oliwek. I śni się słońce, dużo słońca i śnią się cienie dębów i palm razem i kasztanowce. I śni się ciepło i po raz pierwszy od dawna się ma czas w śnie śnić.

    Od pięciu lat pierwszy kwietnia jest mniej dniem żartów a bardziej refleksji. Od pięciu lat mocno szarpie o tych sprawach, o których się nie mówi i głośno przypomina jednocześnie o tym, że nie umiera się na zawsze i całkowicie, ale odchodzi się bezdyskusyjnie. I tego, czego się nie zrobiło już się nie dowlecze, uciekło, przepadło. I jednocześnie uruchamia się kategorię tego, co nigdy nie miało się stać i strach przed gdybaniem, przed świadomością, że ma się wpływ i konsekwencje są tak złożone, że zawsze warto próbować.
    No może prawie zawsze.
    I co roku, z roku na rok coraz bardziej, pierwszego kwietnia jest jednocześnie eperspektywicznie do przodu i do tyłu. I w jedną i w drugą stronę im dalej tym wężej i mniej wyraźnie widać szczegóły.

    Trudno czasami jest znaleźć ten punkt równowagi, gdzie jeszcze się pamięta o przeszłości, ale już jej nie roztrząsa, gdzie się czuje ale już nie cierpi, gdzie się cieszy, że było, a nie żałuje, że nie ma. A potem, późną nocą, gdy sen się biesi a śnieg, mimo kwietnia, dopaduje, przychodzi spokojna myśl, że chyba nadal jest gdzieś blisko. W głowie gra ta sama głupiutka piosenka a mieszkanie staje się chyba trochę bardziej okupowane.

    I tak sobie myślę, że powinnam była posprzątać.
    Ale mam nadzieję, że zrozumie to moje wspomnienie.

    Trzymaj się, Mateusz.


    • RSS