staphre blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 5.2008

    „Gdybym miała swoje życie do przeżycia jeszcze raz” – zacytował Nadaine Stair w swoim mailu Stewart – „zaczynałabym chodzić boso wcześniej wiosną i zostawałabym tak dłużej jesienią.”

    Mimo plus trzech, zmiennej pogody, jednego pięknego dnia na trzy tygodnie, powtarzam pogodzie gdy się w niej zakochuję i chowam bezpardonowo kolejne pary zakrytych butów do pudełek, robiąc miejsce sandałom. Naiwnie kupuję szorty, farbuję włosy by pasowały do lata i cudem, wbrew wszystkiemu, nabawiam się kolejnych piegów na ramionach przy pierwszym podejściu do bluzki-z-połową-pleców.
    I nagle wychodzą wszystkie kolory, moje i cudze. Ważni ludzie w garniturach też rozmawiają z nieanimowanymi obiektami a przysłowiowe doktorantki z fizyki nie noszą dżinsów i koszulek ale całkiem ładne bluzki i zbierające komplementy spódnice.
    I sandały, mimo wszystko.

    I wszędzie czuję konwalie.
    Po raz pierwszy odkąd jestem, wszystko jest konwaliowe.
    Najbardziej moje własne mydło, a zaraz potem ja sama. Konwalie są takie majowe, są Arbatem i najpiękniejszą stacją metra na świecie, są pomnikiem Okudżawy z tym długim cieniem, są domem, tym pierwszym, i północną ścianą i są mną w tym roku tak bardzo.

    I chyba wiem co to znaczy.
    Inaugurujemy erę Gary’ego, za dużo ich by spamiętać, może faktycznie za często się zmieniają, a może to ja się za często zmieniam na ten co-siódmy-rok-życia.
    Niemniej inaugurujemy, co nam zależy.
    Po czym przyznajemy rację Mae West i rozważamy powrót kwiatków na paznokciach u stóp.

    Ja rozumiem półroczną zimę. Naprawdę rozumiem, taki klimat, taki prąd labradorski, taie miejsce na Ziemi.

    Ale na TO to nie mam słów.

    Idę się odziać. Bo co mi innego zostało?

    „Rozumiem” – mówi kiwając głową pani zza lady w sklepie z unikatową biżuterią – „Po prostu nie chcesz czegoś tradycyjnego, nie chcesz krzyżyka czy medalika, chcesz coś co będzie mogła założyć jak dorośnie…”
    „Coś” – dodaje natychmiast Ashley – „co będzie mówiło, że jest od Ani bo nikt inny nie wpadł by na pomysł, by coś takiego kupić.”

    Włoski naszyjnik wymawia jednak moje imię bardziej, niż jej. Labradoryty są owszem, takie tutejsze i takie unikatowe, ale ciemne i zupełnie nie jak ona. I nawet jakoś tak jak nie ja. A jedyne-w-swoim rodzaju wytwory lokalnej artystki nie są na tyle delikatne i ponadczasowe by nadawały się na za tydzień.

    „Ale ja cię rozumiem” – powtarza pani zza lady – „przyjdź w sezonie, skoro mówisz, że nie jedziesz aż do sierpnia, przyjdź w sezonie, będziemy mieli więcej ciekawej biżuterii.”

    Nadal mam złoty krzyżyk, który na szyi tamtego ósmomajowego ranka zawiesiła mi mama. Nadal pamiętam, że w kopertach było trzydzieści pięć tysięcy i że ktoś przyniósł, zgodnie z ideą recyclingu, tę samą kopertę, którą podali moi rodzice rok wcześniej. Niezmiennie, po dwudziestu latach, moim ukochanym prezentem jest koc w tygrysy, który jeździ ze mną przez kontynenty i nie ma szans się rozstać. I nadal pamiętam, jak mało mnie obchodziło, że ktoś mi powiedział, że moja skromniutka sukienka z surowego jedwabiu jest brzydka, bo dla mnie miała w swej prostocie i jednej falbance doskonały sens. I pamiętam, że mirt w wianku tak ładnie pachniał.

    I najważniejsze,
    nadal pamiętam jak przed pójściem do spowiedzi, na szesnastą w sobotę, w sukience w kratkę, uściskałam mamę i babcię i dziadka, bo tak było trzeba.
    I jak bardzo się starałam, by potem wszystko było dobrze.
    I nawet bardziej – nadal pamiętam o co prosiłam tak strasznie przejęta, by nie zmarnować tego wielkiego dnia, by nie przegapić tej jednej jedynej szansy. Jak bardzo pilnowałam, by nie uronić nic z tego wielkiego przeżycia, które przecież było znacznie większe ode mnie, a dzięki siostrze Bernadetcie ustawione by pasowało w sam raz.

    I że tak naprawdę to o to chodziło. W pierwszej kolejności.

    „Chcę, by pamiętała. Ale bardziej chcę, by wiedziała, co się liczy naprawdę.”


    • RSS