staphre blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 6.2008

    „Kto sieje deszcz” – mówi stare polskie dobre przysłowie, mądrość narodu – „ten zbiera burzę”.

    A potem życie robi się krótkie, i czas mija. I odejście sprzed pięciu lat a jakby wczoraj tak ironicznie i na okoliczność święta zlewa się z samym świętem. Nadal mam takie same odczucia, jak te, które dzieliłam z bratem przed kaplicą. Nadal radzę sobie z nimi średnio do wcale. Najlepiej wtedy, gdy uświadamiam sobie, że z każdego worka można wyciągnąć maksymalnie tyle, ile się do niego wsadziło. A też trzeba patrzeć, co się wsadza i w jakiej kolejności, bo może zeschnąć, zgnić albo spleśnieć i się rozrosnąć tudzież zareagować z czymś innym i stworzyć niezupełnie to, na czym nam zależało. Tylko co to za radzenie sobie, poza akceptacją tego, czego już się nie zmieni, czego można się tylko na pamięć nauczyć by uniknąć na przyszłość.

    W tym krótkim życiu nagle przestaję być bliżej dwudziestki niż czegokolwiek innego i zaczyna mi nie przysługiwać bezsensowny bunt. Zostaje mi zatem tylko ten sensowny, poparty działaniem, by cokolwiek zmienić. Rzecz jasna nie rozumiem dlaczego kolejny raz mam brać to, co znowu mi wygląda na pozory i ochłapy za szczere chęci. I chyba nie zrozumiem nigdy, skąd w swoim worku znajduję rzeczy, których nigdy tam nie wkładano. Chyba, że założe, że tajniacko, mimochodem i w dobrej wierze wkładała je tam moja mądra mama. Trochę pewnie wbrew mej woli, wierząc, że wie co było dla mnie najlepsze. I nie zgadzam się z tym, że jestem skonfliktowana, bo wolałabym po prostu konsekwentnie nie zrobić nic. Ale wiem też, że nie skłoni to do wniosków i nie doprowadzi do spektakularnej przemiany. Wręcz przeciwnie, obwini nie tych, których trzeba a teorię worka uzna za wymysł i przesadę.

    W tym krótkim życiu na mnie przychodzi sianie. Jeszcze nie mam niczego,w co sama mogłabym wkładać, co sama mogłabym kształtować, ale mam prawo do zdecydowania co ze swojego worka i komu wyciągnę. Sięgam i czuję, że może się nie należy, że może wyciągam, bo bardzie wypada niż jest co.
    Sięgam, bo nie chcę któregoś dnia stać narzekając na burzę, wiedząc że choć może deszczu nie siałam, nie zrobiłam też nic, by wywiesić słońce. Mimo że zawieszę je dziś wbrew sobie i bardziej dla Mamy niż dla tego, kto dziś ma swoje święto.
    But they made the weather and then they stand in the rain and say ‚Shit, it’s raining!’” Ruby, Cold Mountain

    Cudzym tekstem, bo swojego mi brak.
    Powtórzonym, zużytym, wielokrotnie prawdziwym.

    Czasem bywa tak.

    Tak sobie myślę,
    do bólu niepoprawnie politycznie,
    że może to i lepiej, że jest tak z tym Euro jak jest.

    (8.5 minuty do końca)

    Powiem to
    tak powiem.

    Uważam, że to bardzo dobrze, że nie awansujemy.
    Polskie zjednoczone EGO
    PZPNu
    agencji reklamowych, kibiców i całego sztabu sędziów, dziennikarzy i trenerów
    moje na przykład też
    mogłoby po prostu tego nie znieść.

    A tak,
    wrócimy w ciekawym towarzystwie
    z Czechami na przykład
    i może Włochami i Francją, fajnie będzie :P

    I będzie tak jak zawsze.
    Do następnego razu.

    (acz oczyma wyobraźni widzę mecz Legia Widzew, bracie drogi WIESZ KTÓRY, PRAWDA??)

    „Sen” – mówi Janice prowadząc samochód po trasie gdzieś pomiędzy St. Shott’s a St. Mary’s – „Sen to tylko sen.”

    Śpiąc dwie noce na łóżku Anny, najpierw śnię wielkie skonfundowanie skomplikowanym projektem a potem lekcję w grupie składającej się głównie z klasy B rocznik ’97 i list oznajmiający mnie o końcu pewnej ery. I o ile skonfundowanie mnie wyłącznie śmieszy, lekcja denerwuje, jako że klasa domaga się wyjaśnienia, gdzie jest ich normalny nauczyciel, o tyle w list nie wierzę, twierdząc, że ten osobnik o końcach swojej ery w karierach poszczególnych kobiet w jego życiu informuje osobiście.
    Budzę się z uczuciem deja vu.

    I przypominam sobie jak Mae West mówiła, że nie liczą się mężczyźni w moim życiu a życie w moich mężczyznach i od razu jakoś mi lepiej.

    Ogarniam po weekendzie to i owo. Umysłem fakt, że rozbiłam z Bretty jednego glinianego gołębia. Wzrokiem kolejny kawałek ciasta i rabarbar, tak przypominający kępę na Krakowskiej. Ścierką trochę kuchnię. Rękoma kosz z praniem, bo takie nieposortowane. A myślami to, że ile razy rozmawiam z Janice tyle razy ściera mi się doświadczenie i ten jeszcze jeden serwis, który oferuję i mogę bezczelnie i naiwnie wierzyć w brak gierek, prawdziwe uczucia i wspólne priorytety.

    Za dwa miesiące będę wygłaszać toast i oby wierzyć w długo i szczęśliwie. W triumf wyobraźni nad inteligencją. W znalezienie tej jedynej wyjątkowej osoby, która będzie cię denerwować przez resztę życia.
    I we wszystkie dobre rzeczy, które z tego płyną, tak sobie myślę.

    W rodzinie witamy małą Gabrielę. Z daleka i z uśmiechem. Przecież to taki sympatyczny początek człowieka, dziecko.

    „Mimo wszystko” spytał na
    początku meczu kanadyjski komentator dzisiejszego meczu z Niemcami „od
    kiedy zdrowy rozsądek gra rolę w przewidywaniu meczu piłkarskiego?”

    Ja za to, głośno i dobitnie, podczas hymnu chciałam zapytać co się przez dwa lata stało z najprzystojniejszą drużyną Niemiec w historii?. No ja rozumiem, że się starzejemy. No ale bez przesady. I w zasadzie to jedyne co mam przeciwko Niemcom na dzień dzisiejszy. Że się brzydko starzeją i nie mają przystojnych młodych. Którzy są zresztą młodsi ode mnie dużo więcej niż wypada, więc niedługo zostanie mi oglądanie meczy tylko i wyłącznie dla ich wartości sportowych bo na zakochiwanie się w piłkarzach będę po prostu za stara. Choć w sumie, od kiedy to człowiek jest za stary na zakochiwanie się w sportowcach. Nawet jeśli trąci to lekkuchną perwersją.

    Jak co turniej poniekąd gramy najpierw o nadzieję, potem o wszystko a na koniec o honor. Ale z drugiej strony tym razem nikt rywala nie lekceważył, nikt nie udawał, że będzie lekko łatwo i przyjemnie. Owszem, z tej strony oceanu wyglądał ten mecz nie jak przebijanie się przez mur a jak trafianie kosą postawioną na sztorc (czyli poniekąd głównie Lewandowskim) przez kombajn.

    Absolutnym ideałem tego turnieju, moim bohaterem i źródłem nieustannej radości jest kanadyjski komentator. Dziś był to Dave Woods, nie wiem, czy zawsze jest to Dave Woods, jeśli tak to kudos panie Woods, jeśli nie, bohaterze zbiorowy KOMENTATORZE KANADYJSKI, jesteś moim idolem.

    Na przykład wczoraj, na widok miny Christiano Ronaldo po decyzji arbitra o przywileju korzyści, mocno niewykorzystanym: „W sumie nie ma znaczenia, co postanowi arbiter, i tak nie spodoba to się Portugalczykom.”
    Albo dzisiaj, cytat z otwarcia.

    No i co. Teraz chodzi o to, by na temat futbolu nie wypowiadali się laicy (jak ja) a ci co mają robotę do zrobienia po prostu ją wykonali. A co do Niemców, no cóż, trzeba im przyznać, że to, co dziś mieli to nie szczęście. To po prostu repertuar umiejętności. I kombajn w postaci wiadomo kogo.

    Jak się szczęście zaczyna powtarzać, to już to nie jest szczęście.”- powiedział swego czasu Kazimierz Górski.
    xoxo

    Potem siedzę i patrzę się w ekran i wiem, że po raz kolejny słyszę to samo od kogo innego. I uparcie próbuję wysunąć wnioski inne niż te oczywiste i wychodzi mi oczywiście wcale.
    A za oknem czerwcowe słońce i czerwcowe zimno a ja chodzę w sandałach i mam spódnicę w róże.
    Bo w środku jestem latem.

    15:14 przed końcem szóstego finałowego meczu Pingwiny jeszcze nie zremisowały ze Skrzydłami z Detroit a czas jakby najwyższy. Chyba, że Malone znowu ma zamiar dokonać cudu na 0:34, w sumie czemu nie.

    (strzelili za do Detroit plecami Fleury’ego do jasnej Anielki O CO CHODZI)

    Nie o tym chciałam.
    Chciałam o deja vu tak zwanym.

    A dokładnie o powtarzających się cytatach.

    „A guy who is dating you but not calling himself your boyfriend is not worth you.”
    oraz
    „If I had a girl like you she would not be going to the parties alone.”

    Mogę na przykład powiedzieć, że nie podobało mi się bezczelnie nie zwracanie jakiejkolwiek uwagi na moje „NIE” i traktowanie go jak „może” albo „zawsze masz szansę mnie przekonać”. Bo mi się nie podobało. Nie lubię traktowania mnie, nawet mnie widocznie związanej z drinkiem, jako żartu i dowcipu, flirtu (no dobra, flirtu lubie), plasteliny.

    (o gol! to jeszcze jeden cud, dawać, do trzech razy sztuka)

    Wiele rzeczy z soboty wcale mi się nie podobało. Na przykład, z mniej trapiących te siniaki od frisbee które mam na goleniach. Ale nie zmieniłabym chyba, z perspektywy trzech dni żadnej. Bo z każdej mogę wysunąć jakiś wniosek.
    Na przykład że test na barmana, po tylu latach, działa doskonale. I że kto razem przychodzi razem wychodzi jest najlepszą strategią imprezową.

    (NIECH WAM BĘDZIE DETROIT)


    Mimo to, jest gdzieś we mnie to kobiece, niepoprawne poczucie łechtanego ego, gdy wodzi za mną czyjeś spojrzenie. Gdy, mimo własnego kumpelskiego podejścia, dla kogoś jestem tylko dziewczyną, taką właśnie, jaką czasami bardzo zapominam być w świecie, gdzie nosi się skarpety do sandałów a do pracy nałogowo przychodzi w dżinsach i koszulkach. Dotykam tego poczucia wyjątkowości niepewnie, trochę z przekory, trochę ze zwykłej ciekawości a poniekąd ze zwykłej potrzeby zapamiętania.
    Nie, że nie będzie go raz jeszcze. I stety i niestety, jeszcze będzie. Mniej lub bardziej na czasie, na lub nie na miejscu, powierzchownie albo dogłębnie, wróci. W innej konfiguracji, z innymi ustawieniami, ale póki co dotykam, choć to ostatnie nie jest ani specjalnie miłe w dotyku. W dodatku bardzo porysowane.

    A potem zapożyczam wyrażenia z filmów by nazwać co gdzieś plącze się między potrzebami ciała, umysłu i duszy.
    I myślę, że to będzie dobra, choć małosenna noc.
    Nawet, jeśli nie będę kolorować. Będę za to marzyć bardzo kobieco.


    • RSS