staphre blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 7.2008

    Tak się trochę zwierzyłam Panu Bogu w sobotę z własnych planów i obaw.

    Chyba się ubawił. Tak myślę. Ja bym je na jego miejscu też uznała za rozkosznie komiczne.

    Sprawę pokus załatwił od ręki.
    Inne zajęły mu myślę trochę czasu.

    Z rzeczy ważnych, na liczniku niecałe 2, przebiegu 3, dom dom za 4. Cała reszta w tym wszystkim gdzieś.

    Z rzeczy ważnych wszystko jest dokładnie ok.

    Nie gra Pan Bóg w kości ze wszechświatem, wiem, Einsteinie. Nie wiem czy jest perfidny, na pewno jest wyrafinowany.
    No i macie o co prosicie. Posortował sprawy w try miga.

    To jeszcze parę kartonów i spać.

    „I believe whatever doesn’t kill you simply makes you… stranger.” – szepnął Joker a potem zaczął się film.

    Nie będę go umyślnie psuć nikomu. Nie wiem, czy aż tak zasługuje, ale na pewno nie da się uciec od fenomenu ciemnego, strasznego i przerażająco prawdziwego bohatera mówiącego głębokim głosem, pełnym piachu, w białych koszulach tak kontrastujących z czarnym strojem. Tak samo bardzo uderza to zestawienie, jak i wzorki na koszuli Jokera kontrastują z uniformem Jamesa Gordona.

    Zakochałam się w dwutorowości tego filmu, w podwójności przebiegającej przez zupełnie wszystko. Jest dwóch dobrych ludzi, dwoje dzieci, dwie strony, dwa głosy. Są dwa domy, dwa telefony, dwa sposoby,  dwie strony moralności, dwa podejścia, dwie strony monety, zawsze brzmią dwa głosy. Jest, oczywiście, Dwie Twarze.  Nawet jedyna scena ze smrodkiem dydaktycznym jest podwójna.

    I te wspomniane kontrasty. Kłamstwa, te oczywiste i te niezupełnie jasne. Białe i czarne na jednym człowieku, w jednym człowieku, o jednym człowieku. Szklane wieżowce i schrony. Szpitale i więzienia. Mosty i łodzie.

    Na dwie rzeczy warto zwrócić uwagę. Przynajmniej mi się tak wydaje.

    Na cytaty Jokera i na to, że prawdziwą twarz wielu osób widać tylko raz.

    I nie ma Joker do końca racji kiedy. Ale ja nie wiem. W końcu to on jest przekonany, że szaleństwo jest jak grawitacja. Ja jeszcze na razie myślę nieco inaczej.

    Jest w kawie i papierosach wolność. Samolubna, indywidualna, gorzka wolność, oparta na oscylacji między przynależnością obu rzeczy do właściciela a ich prawie nieskończoną podzielnością. Kawa jako jedność – w dzbanku, w kubku, papierosy jako jedność, we wspólnej paczce. I potem podział na kubki, filiżanki, łyki, fajki, machy.
    Jest w tej gorzkiej wolności otwieranie umysłu i uspokajanie zmysłów. Jest dystans, wydobycie siebie z kotła i postawienie tam, gdzie nikt nie sięga. Wewnętrznie z kawą, zewnętrznie z papierosem. Jest w smaku gorycz, w zapachu ulotność ale pozostająca we wszystkim czego dotknie.
    Jest w kawie i papierosach zniewolenie. Są usta, jest kolor, niemożność nie zostawienia śladu. Są resztki, jest posmak, jest przyzwyczajenie i potrzeba, że teraz zaraz tu natychmiast.

    Jest wolność w braku snu. Gdy szkoda czasu, gdy kpi się z własnego rytmu, przyzwyczajenia. Gdy mózg się nie wyłącza, ciało nie pada na twarz. Gdy w oczach nie ma piasku, gdy nie ma potrzeby zapałek. Gdy noce są za krótkie. Jest coś z wolności w podkradaniu dobie godzin na litery, słowa, picie, całowanie, na dłonie, na liczby, na usta na wszystko inne, na siebie na kogoś.
    I jest w braku snu zniewolenie, gdy pod powiekami śmietnik a w głowie pustka. I gdy na kradnięciu nocnych godzin przyłapujemy samych siebie, bezwstydnie ale z niesmakiem. I potem gdy płacimy dobie w dniach.

    Jest wolność w mojej krótkiej sukience. Bo mogę, jeszcze mogę, do piećdziesięciu pięciu może lat/kilogramów, do skończenia, do zimy. Po półrocznej zimie miesięczne lato aż się prosi. Jest wolność w mojej krótkiej sukience, enslerowska, powietrze na udach, spojrzenie. Jest wolność że mogę, że mi nie zimno, że przecież komu co do moich nóg poza mną.
    I automatyczne zniewolenie manifestacji, pozycji, stanu nóg, stopnia nieistniejącej opalenizny. Zniewolenie bycia ‚hip’ i niewyglądania na pięćdziesiąt pięć kilogramów/lat.

    Jest wolność w odległości i zniewolenie w kilometrach, czasach planach.

    Jest wolność poglądów i przywiązanie i syndrom krowy co zmienia lub nie i chorągiewki na wietrze co wskazuje a nie ustawia się.

    Jest wolność w sensownym buncie i natychmiast streta pytań bo w zasadzie o co i dokąd i na ile i co potem.

    Jest wolność podejmowania decyzji, jakichkolwiek i wolność nie podejmowania ich wcale, co też jest jakąś decyzją przecież. Wolność bycia odważnym i strach przed okazaniem się tchórzem. Prawo do stania na środku drogi i wolność ruszenia w którymś kierunku ale i obowiązek poruszania się, choćby pod prąd. Jest wolność nie śnienia życia i zniewolenie realizmu. I wolność śnienia i zniewolenie braku relacji z rzeczywistością.

    Którędy nie spojrzeć, gęba.
    Podwójna.

    Jedna z moich ulubionych historii miłosnych zdarzyła mi się dosłownie, pod nosem. A dokładnie za plecami.
    Jedna z moich ulubionych historii miłosnych należy do mojego kolegi z biura, do drugiego studenta mojego promotora.
    Do największego wielbiciela komiksóww i gier komputerowych jakiego chyba przyjdzie mi znać w życiu.
    Do Chrisa.

    I oczywiście, do jego partnerki życiowej, a od piątku popołudnia żony, Janny.

    Gdy poznałam Chrisa mieszkał w piwnicy swoich rodziców, zajmował się przychodzeniem na uczelnię, graniem w gry, czytaniem komiksów, oglądaniem filmów na dvd, spotykaniem się z kolegami oraz jedzeniem obiadów robionych przez jego mamę.
    Gdy poznałam Jannę, w onym czasie tylko (aż) koleżankę Chrisa, obraz uzupełniła wiedza, że oprócz tego, że jego mama gotuje mu obiady, jego tato robi mu pranie.
    I mimo to – Chris był niesamowicie miłym, wyrozumiałym, sympatycznym człowiekiem. Z całą odpowiedzialnością – najlepszym kolegą z biura jakiego kiedykolwiek miałam. Z całym szacunkiem do wszystkich, z którymi kiedykolwiek jakiekolwiek pomieszczenie dzieliłam.

    Jako że w życiu musi być ciekawie, stało się tak, że Chris poznał inną dziewczynę. Pewnie śliczną. Pewnie bardzo fajną. I pewnie wyjątkową. I zaczął się z nią umawiać. Raz. Drugi. I chyba nawet trzeci wisiał w powietrzu, gdy okazało się, że Janna będzie miała dziecko.
    Chrisa dziecko, żeby nie było.
    Oczywiście zapowiadający się uroczo nowy związek się rozpadł, Chris zajął się będącą w ciąży Janną. Sprawy się mocno skomplikowały w międzyczasie, dosyć intrygująco i wręcz filmowo, ale na końcu, w czerwcu 2005 roku na świecie pojawił się Zach. Zach do dziś jest najmniejszym dzieckiem jakie zdarzyło mi się trzymać na rękach. Miał wtedy chyba raptem dwadzieścia cztery godziny i mało mnie nie doprowadził do zawału fakt, że mogę przecież takiej kruszynie zrobić krzywdę.
    I jak Zach się urodził, gdzieś między nieprzespanymi nocami, przewijaniem, przeprowadzkami, Chris i Janna zeszli się ze sobą. Nie z powodu Zacha. Nie dlatego, że ktoś tam gdzieś miał jakieś wyrzuty sumienia czy poczucie obowiązku.
    Po prostu doszli do wniosku, że chcą spróbować być razem. Bo się bardzo lubią. Bardzo.
    Chris się przyznał, że on to już wtedy Jannę kochał no ale cała sytuacja była naprawdę zbyt skomplikowana by jeszcze tym w nią rzucać.
    Po jakimś czasie, kupie kłótni, masie ważnych rozmów i prawdziwych kłopotach w pracy, Chris kupił taki prawdziwy pierścionek.
    Naprawdę śliczny.
    I czekał na odpowiedni moment, na właściwy czas, na dobre miejsce.
    Trafił tak, że chyba lepiej się nie dało. W dodatku zaskoczył Jannę niesamowicie.
    Rok temu urodziła im się Katie. Chcieli mieć dwoje dzieci. Podejrzewam, że Chris nie mialby nic przeciwko drugiemy chłopakowi, ale to, jak patrzy na oboje pozostawia wrażenie, że doprawdy nie płeć jest najważniejsza.
    I tak jak patrzyłam na Chrisa w piątek to nie wiem czemu miałam wrażenie, że widzę chyba najbardziej odpowiedzialnego i najsensowniejszego z moich kolegów. Takiego, który wie, co jest dla niego w życiu najważniejsze. I chyba nie zamienił by tego na nic innego.

    Tak mi się właśnie przypomniało, że to samo powiedział inny przypadkowy tata, którego znam. Że swojego Logana nie zamieniłby na nic innego i że jedyne o co się teraz martwi to czy Logan jest zdrowy i czy on jest dobrym tatą. Ale to na marginesie.

    I wiecie, czemu ta historia jest jedną z moich ulubionych? Poniekąd dlatego, że zdarzyła się za moimi plecami. Tuż obok. Po trosze dlatego, że, jak mawiał Gnom, co idzie po ciebie nie przejdzie obok, choćbyś, jak widać, nie wiem jak bardzo się starał.
    Również dlatego, że piątkowy happy end jest tu nawet nie początkiem, a po prostu etapem. Że od piątku noszą to samo nazwisko i w końcu wszyscy widzieli Jannę w sukience, ale poza tym nie zmieniło się naprawdę nic. Nadal, oboje, są tacy sami. Nadal doskonale wiedzą, czego chcą od siebie i dla siebie.

    Ale najbardziej dlatego, że nie jest to historia prosta. Nie trzeba się doszukiwać co jest nie tak, nie trzeba patrzeć pod przykrywkę. Wszystko w tej historii jest dokładnie takie, jak widać.
    I mimo to, potrafi ona być piękna.

    I właśnie dlatego.

    Powodzenia Janna i Chris!


    • RSS