staphre blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 8.2008

    …oraz o rzeczach na których wpływ mamy bądź nie. (chaotycznie)

    Maja wyszła za mąż, a ja stojąc tuż za nią nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że nie będzie wcale tak zaraz wracać. Jest w tym miejscu pod prezbiterium jakaś niesamowita moc, poczucie siły, że jeśli czegoś się pragnie tak bardzo, by przysiąc, że przez kłótnie i rzucanie talerzami, przez całą wielokolorowość dni i nocy da się radę, to wszystkie siły świata będą temu sprzyjać.
    Tylko w tej chwili przysięgania trzeba wierzyć.
    Wiara się udzieliła nawet mnie.

    Więc spod ołtarza, już jako Pani, zgodnie z piosenką, która grała u fryzjera, Maja miała swoje „walking away” w czas który niby się nie zmienił a jednak.

    Jestem Charmed bezczelnie, obcesowo, z wielką determinacją, by tego charmed nie zawieruszyć. Charmed tym i owym, ale przede wszystkim podróżą. Miejscami, ludźmi, uroczystościami, bielami i ecru, żółciami i fioletami, sukienkami, kapeluszami, rozmowami, spacerami.
    Nic na to nie poradzę.
    Mam na nowo swój własny grunt pod własnymi nogami. Że nikt inny tego za grunt nie uważa, to już doprawdy nie mój problem.
    Mój problem leczę ginger ale i miętową herbatą od trzech dni.

    W międzyczasie przeprowadzam się do hotelu i mam – może jedyne w życiu – trzy tygodnie w Executive Suite (patrzcie państwo) i notorycznie nie narzekam tylko wszędzie zauważam pełne połowy szklanek. Choćby w tym, że na pytanie pani ile potrzebuję kluczy odpowiadam po pół minuty bo do głowy mi nie przyszło, że pani myślała, że będę komuś pokój udostępniać.
    Fora ze dwora.

    Oczywiście ten hotel nie będzie aż taką przystanią, gdy, zgodnie z najczarniejszym scenariuszem, na dwa tygodnie wprowadzi się do niego mój cały akademik.

    I dziwnie się nie martwię, tylko jakoś tak mocno wierzę, że wszyscy razem, wespół w zespół damy radę. Bo dom to ani ściany ani podłogi ani nawet łazienki, nieodmienny obiekt mojego uwielbienia, ale ludzie.


    „Martwienie się” – głosi Will Rogers – „jest jak płacenie debetu który może nie mieć terminu płatności.”

    W mojej nie dokończonej (z nadzieją napiszmy rozdzielnie) książce Matylda martwi się o wszystko mając nadzieję, że płaci z góry za pomyślność. I jak bardzo wiem, że to bez sensu tak bardzo ją rozumiem. I jak bardzo ją rozumiem tak bardzo nie chcę bohaterki tak innej niż ja i tak bardzo nie umiem Matyldy zmienić bo przecież TAKA WŁAŚNIE JEST.
    Taką ją droga Staphre stworzyłaś, taką ją masz.

    Na koncie mam śmiesznie małą sumę ale przecież jakie to ma znaczenie, skoro budżet, jak mówi mój cytat, jest formą martwienia się o pieniądze zarówno przed jak i po ich wydaniu.

    (i o 08.08.08)

    Myślę, że najlepiej ich opisuje piosenka, którą sami sobie wybrali do pierwszego tańca.

    Takiej miłości właśnie.
    Bogów niezazdrosnych.
    Łagodnej karmy.

    Wszystkiego dobrego, Ika i Paweł!

    „You are such not an arm candy.” – mówi poza tym plączący się w zeznaniach Matt.

    Psychologia stosowana 101, Boeing ileśtam, rząd 33 miejsce K. Chyba najśmieszniejsze w życiu zestawienie sąsiada, jakie mi się trafiło. Od razu zostaję zakwalifikowana jako „pretty, punky red head” i w ogóle nie narzekam. Bo naprawdę nie ma na co. Wszystko mi nawiązuje do poprzedniej notki. Wszystko. I doprawdy, Maja ma tak wiele racji, że ja nie trafiam inaczej.

    Ale jak mam trafiać, skoro ostatnio im bardziej czytam tym więcej widzę w sobie. Fiddle-diddle-diddlee.

    W myślach układam plan działania i opracowuję toast druhny. Nawet mam już myśl przewodnią.

    Kontrola myśli jest bezcenna. Myślę jutro, przecież po co dziś. A na dworze pogoda godna Georgii.

    Socjologia dla zaawansowanych, Heathrow International Airport, Terminal 3, u wyjścia z lotu AC 860. Ja idę górą, sąsiad z 33H dołem i na odchodne woła coś o tym, że on mnie jeszcze znajdzie. Może powinnam się bać, chwilowo mam głównie ubaw. I znowu, gdzie się nie ruszę beau no cóż.  Ego boost. Nice change. Do pięćdziesiątki co prawda bliżej niż dalej, ale do tego czasu jeszcze tyle życia i późne lata trzydzieste po drodze.
    U dołu którychś schodów może przecież stać R.K.B.

    Oczywiście, że pokłóciłam się z ojcem przy grze w karty. I tak dobrze, że dopiero na przedostatnim rozdaniu.


    • RSS