staphre blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 9.2008

    „Wczoraj” – mówi Pete  na spotkaniu u Yuriego – „miałem typowy ANIA EVENT. Wychodzę z chłopakami na piwo, kupuję pierwsze i w połowie butelki dzwoni telefon, że w akademiku burdel i trzeba wracać.”

    Na dzień dzisiejszy mogę tylko słuchać Sophie Ellis Bextor (Sophie, oh moja Sophie) i czytać o warunkach brzegowych. Osiągnęłam pełnię jeśli chodzi o czekanie, absolutną wytrzymałość materiału w sprawie wyrozumiałości, dopłynęłam do momentu, kiedy nie umiem udawać i doszłam do wniosku, że jeśli teraz ustąpię choć na centymetr to będę miała do końca życia kaca.
    Od soboty jestem najnormalniej w świecie wściekła i to tak, że czuję, jak mi się w środku gotuje nie tylko krew ale i limfa. Co do płyu rdzeniowego to nie wiem, ale nie gwarantowałabym.

    Więc gdy wczoraj dziesięć minut przed spotkaniem, gdy miałam na sobie makijaż a w sobie nadzieję, że oto przez chwilę mogę iść gdzieś z kimś i nie myśleć o nie zamówionym łóżku, o opóźnionym remoncie i o dziesiątce studentów mieszkających kątem po bokach, odmówiono tłumacząc się „zamykaniem siedmiocyfrowej sprawy” poczułam jak mi się w środku coś jeszcze ostatni raz wzburza tylko po to by odkryć, że wcale nie zamierza się uspokoić.
    Stawiam na ten płyn rdzeniowy.

    Nawet nie jestem pierdolonym kwiatem lotosu na jebanej tafli jeziora.

    O hoho nie.
    Etap kwiatu lotosu – umówmy się – mamy głęboko za sobą.
    Takiej to mnie chyba nawet dosłownie własna mama nie widziała.
    Jestem jak bomba.
    Nie nie.
    Jestem jak HURAGAN. Wedle tradycyjnego przysłowia amerykańskiego zatem muszę tylko przejść najpierw ciepła i wilgotna a potem zabrać czyjść dom i samochód i zostawić go z niczym. I tym sposobem metodą wkurwu odkryć w sobie prawdziwą kobietę.

    „Jestem zmęczony” – mówi Bill – „nadal odsypiam.”

    Co ja mogę na to, że jakoś nie mogę się wydorośleć i nie móc zarwać nocy bez bezczelnych konsekwencji. Myślę, że to po prostu dobry trening wszystkich czwartych i trzecich nad ranem moich studentów, wszystkich snów z przerwami na wynoszenie z łazienki, uspokajanie, rozdzielanie bójek czy po prostu słuchanie.
    Nawet, gdy za ścianą czeka niewzruszony sen.

    Jeszcze kilka dni substytutów i zastępczaków. Jeszcze potem tydzień w cudzym pokoju. Już prawie się przyzywyczaiłam, ale jeszcze nie. Jeszcze mam szansę się zadomowić. Choć myślę, że blisko mam przerzucenia się na minimalizm.
    Acz czerwona bluzka do mojej ołówkowej sukienki pomaga. Nadal dobieram buty i kolczyki choć średnio mam z czego.
    I obiecuję, jeszcze trochę rzeczy ze schowka wywalę przy wprowadzce. Bo zastępczo mam okazję coś urządzić tak zupełnie, całkowicie po swojemu.
    Mam czyste ściany i nowe meble i nie zawaham się ich użyć.

    Dzywne siostry wplatają się tematycznie w rozmowę na temat miękkiej i twardej wymowy, którą poruszam z Heather w kontekście podbijanego, podwójnego „n” w imieniu. Na zastępczej białej pościeli rozłożonej na kwadratowym łóżku, leżę ja i Terry Pratchett i dobrze nam razem. Wszędzie nam razem dobrze, w autobusie i w jadalni i nawet w moim biurze, gdzie powinnam się zadawać z kim innym. Ale Terry nie protestuje więc co się będę stresować. Nikt zresztą ostatnio nie protestuje.

    W cyklu dwuletnim mamy na tapecie podobne rzeczy. Przykładam do nich zaawansowaną taktykę Scarlett zdając sobie sprawę, że jutro nie umiera nigdy.

    - Chciałabym mieć plan – szepczę do Pana Boga.
    - Interesujące – odszeptuje Bóg.

    (i chyba chichocze.
    TEŻ BYM SIĘ POCZUŁA ROZBAWIONA NA JEGO MIEJSCU
    )

    „Gdybym nie wiedział, że nie jest o niej założyłbym, że właśnie o niej napisali tę piosenkę.” – powiedział Brent do Szonika

    Szonik przesłał mi tytuł.

    Ja znalazłam słowa.

    A potem samą piosenkę.

    Zostało mi tylko przestać szwędać się w czyichś scenach.

    Questionable things przewijają się przez cały świat. Ktoś wraca do punktu wyjścia, ktoś na nowo podejmuje wyzwania. Ktoś rozumie inny myśli, że zmiany są proste i że wystarczy chcieć.
    Zapomina, że nie można chcieć czego się chce.

    Chcę wielu questionable things. Chwilowo większość byłaby głupotą, choć przynajmniej połowa byłaby mi dostępna.

    Za tydzień zatoczę kolejne koło i wprowadzę się tam, gdzie stało moje pierwsze łóżko, gdzie przespała się moja pierwsza noc tu.

    Czasami trzeba przejechać pół świata, by zatoczyć pełne koło.

    Dancers need a dancefloor, swingers got a swing.

    …jesiennie…

    Woda pachnie zimnem, wiatr wieje po ramionach a okulary słoneczne, szczyt mojego snobizmu, noszę wyłącznie dla tego ostatniego. No i dlatego, że rano jest wyjątkowo za jasno, jako że rano ostatnio jest bardzo wcześnie.

    Na ścianie trzy serduszka, barflicious, cytując Leanne z „Project Runway”. Barflicious bo choćbym się nie wiem jak starała, nie umiem pitu pitu. Mrówko, ważko, biedronko mogę mówić do przedstawicieli gatunku, nie do ludzi. W życiu najbardziej byłam skarabeuszem tylko i to wyłącznie dla mamy i dla gry słownej. Skarb jej, skarabeusz. Nie umiem misiować, żabkować, honeybunneyować i sweetpieować. Gdzieś mi to zgrzyta z prostotą świata i bezpośredniością.

    Nie no, dobra, byłam też darlingiem po to by sprawdzić, jak szybko reaguję.

    Na horyzoncie młode brązowe oczy, chciałabym by się na mnie nie patrzyły tak jak patrzą, bo jeszcze sobie coś ubzduram a po co. W lustrze o złotej ramie, zawieszonym tuż nad biurkiem mam coraz uważniejsze spojrzenie i coraz więcej przećwiczonych min. W lustrach bardzo mija czas a jednocześnie stabilizuje się kobiecość. Od czasu, który spędzam w łóżku hotelowym, tak wielkim, że ledwo dosięgamy się przez nie w poprzek z Adamem mam coraz mniej zmarszczek. Nie wiem, czy to od wyspania czy od zbyt wielkich poduszek, które budzą mnie w środku nocy.
    Jak na razie bezbłędnie każdorazowo.

    W lustrach mam też coraz dłuższe włosy, co za tym idzie coraz ciekawsze fryzury rano.

    Na pytanie „ile masz strojów” odpowiadam, zgodnie ze
    szczerą prawdą, że pewnie nieskończenie wiele, bo co ja mogę, że
    wszystko, co kupuję, musi do czegoś pasować.
    Czego nie mam w lustrach, mam przez następne dwa tygodnie jeszcze w schowku za Corte-Reale (nazwanym tak po portugalskim (?) odkrywcy), za drzwami oznaczonymi olbrzymią czwórką.

    Po pięciu latach na wyspie nadal mam czwórki we wszystkim co mogę mieć numerowane.


    • RSS