staphre blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 10.2008

    [...]

    Long live living
    if living can be this.
    Do you ever look around
    and find what is yet to be found?

    „Kobieta” – pisze Tanya wiecznie w ramach opisu na msn messanger – „jest jak torebka herbaty. Nigdy nie wiesz, jak jest mocna póki nie wrzucisz jej do gorącej wody.”

    I gdy tak martwię się o kupę rzeczy małych zamiast je najzwyczajniej obśmiać, gdy zżymam się na to i owo, gdy płakać mi się chce na opóźnienia i denerwuje mnie, że w bałaganie walizek i kartonów gubię wszystko na świętym spokoju skończywszy, Jill zmaga się z prawdziwym problemem.

    Nic nie ma znaczenia póki się jest zdrowym.

    Naprawdę.

    Jill siostra ma niewiele lat więcej ode mnie i tak niewiele czasu tu, że nie wiadomo co z tym faktem zrobić. I wszyscy wokół bardzo próbują być silni dla kogoś i pozwalają sobie na słabość wobec kogoś innego, i na koniec zostaje z tym faktem mała Jill.

    Która jest silna, ale przecież doprawdy.

    Jest jakaś granica tego, ile można trzymać fason i robić te wszystkie dobre miny do złych gier.
    Granica, za którą tak bardzo boli  wszystko to, co się ma z odchodzącym nie tak i brak pomysłów jak sobie z tym poradzić.

    Siostra Jill o odchodzeniu myśli z przerażeniem. Jill w zasadzie udaje, że jest pogodzona, tylko codziennie rano wymiotuje z bólu. I nadal udaje, że przecież to nic. To życie, tylko.

    I nagle niewiele jest ważne.
    Zaległa wizyta u lekarza tak.
    Mówienie prawdy.
    Nietrzymanie uraz.
    Wiara.
    Miłość.
    Odwaga.
    Nadzieja.
    Godność.

    „Every day is a fashion show and the world is your runway.”- przeczytałam gdzieś wśród sprytnych cytatów, które nic nie dowodzą a fajnie brzmią.

    Zanim jeszcze sięgnę po krótką, skandalicznie krótką spódnicę w malutką kratkę, zanim zamotam na szyi chustkę w kolorze współgrającym z jedną linią na spódnicy już wiem, gdzie są moje rajstopy, które buty z pewnością nie będą mi pasować i który z brązowych swetrów najlepiej zmieści się w wizji.
    Pięć minut wizualizacji, podczas mycia zębów, rutyna.
    Ochota na kolor brązowy, ewidentny znak jesieni.

    Jutro mogę się znowu czuć na czarno, przełamana akcentem, którym czarnego pewnie nie wypada przełamywać. Od butów po cienie na powiekach, od paznokcia do paznokcia, od gatek, warstwami, wszystko musi mieć sens.

    Wiem.
    Jest w tym element nerwicy natręctw.
    Ale jest w tym co mam na sobie, zawsze, prawie zawsze, bardzo rzadko nie, kwintesencja tego, co mam w sobie. Jest ewolucja, zmieniają się symbole, nie zmienia od paru lat fakt, że poza paroma ekstrawaganckimi wyjątkami każdą jedną rzecz z szafy mogę założyć z inną i będą wyglądać, jakby zostały kupione specjalnie dla siebie.
    Wyjątki stanowią czerwona spódnica-marzenie od Basika, poryw serca malowany w róże z tegorocznego lata i różowa bluzka specjalnie kupiona by wesprzeć akcję przeciwstawiania się znęcaniu się nad uczniami przez innych.
    I gdy tak warstwami przedstawiam się światu, po swojemu, wedle jednych retro, wedle innych metropolitalnie, zdaniem poniektórych niepotrzebnie, jeszcze czasami słyszę, że bez sensu i szaropłóciennie, nierzadko hip, bywa, że fancy, udaje się edgy, nawet bywa fashionable, czuję jak zestawiam samą siebie. Na dany dzień, na dany nastrój.

    I mam poczucie jak zaklejam tą wolnościa ten cały czas, gdy jako nastolatka nosiłam ubrania po kuzynkach i od niektórych słuchałam, jak beznadziejnie w tych ładnych rzeczach po nich wyglądam.
    I zdaję sobie sprawę, że wetuję sobie ten cały czas gdy do niczego nie pasowało mi nic a rady dawane przez dwie najbliższe kobiety były na ogół sprzeczne.
    I całkowicie rozumiem, że wydaje mi się, że w ten sposób znajduję siebie. Acz inteligencja mi nie pozwala wierzyć, że siebie całą.

    W wizji na jutro mam spodnie. Ale to jeszcze nic pewnego.

    „Czas jest jak guma. Możesz go rozciągać jak ci pasuje” – powiedziała Granny

    Siedzimy sobie z Terrym w wannie. Znaczy ja bardziej leżę, Terry lewituje w na mojej dłoni. Mokrą ręką przewracam kartki, zwiększając jego objętość bezpowrotnie. I akurat Terry ma ochotę pomówić do mnie oczywistościami o czasie. Więc Terry monologuje, ja leżę, maseczka z glinki ocieplającej czyni cuda, czyli każdy zajmuje się tym na co akurat ma ochotę.

    Przypominam sobie, jak Margrat, godziny, które trwały chwile i minuty, które ciągnęły się w nieskończoność.

    I leżę.

    „Ale to tylko punkt widzenia,” – mówi do mnie Terry głosem Margrat – „czyż nie?”.

    „Oczywiście” – odpowiadamy równocześnie, Terry, Granny, pewnie Anais Nin i nawet ja – „To wszystko.”

    Więc w ramach percepcji, dziś, bardziej niż fashionable people przemawia do mnie zszarpany głos jeszcze nie do końca zgubionej Amy.

    W moim przypadku odpowiedź brzmi nie. Czy tego chciałam, czy mniej to nie ma znaczenia, bo zarówno dostanie jak i nie dostanie tego, o czym się marzy jest w życiu człowieka tragedią. Zamykam zatem oczy i słucham. Już jutro będę rozważać questionable things i prosić o gwiazdy w tle, ale chwilowo jestem tylko tu. So sweetly.

    Rano nad kawą pomyślałam sobie, że zaczynam gonić po pustym życiu. Setka dzieci jest owszem, tylko poniekąd wypełniaczem. Niby na nic nie mam miejsca ale tak naprawdę czegoś brakuje.

    Roku do tradycji rodzinnej na przykład.

    I mówię Panu Bogu, że zakładam, że wie co robi i że płatki kwiatów sypią się w dół jak trzeba.

    Późną nocą dostaję stek odpowiedzi i nagle czuję jak między moje kamienie, kamyki, żwirki i piasek coś jeszcze wpływa. Na razie nie nasiąkam, ale nie wiem jak długo wytrzymam. Oczywiście wszystko zależy od tego, jak szybko zmieni zdanie. Bo znając go, może być i jutro. Więc nie nasiąkam, dziękuję historii za zakonserwowanie. I zastanawiam się, ile zajmie mi likwidacja warstwy nieprzepuszczalnej, by pozwolić temu piaskowi, żwirkom a w końcu kamykom i kamieniom nasiąknąć.

    „Kocham co robię, kocham moją pracę.” – słyszę – „Ale poza tym jesteś ty i to wszystko na ten temat.”

    Moje normalne podejście jest tu spektakularnie do niczego.


    • RSS