staphre blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 11.2008

    Be careful what you wish for.

    Chciałabym mieć taką moc by przyzwać.
    Samolubnie albo altruistycznie.
    Nawet gdyby trzeba było palić rozmaryn i rozcierać lawendę.
    Phi, nawet gdyby trzeba było gotować rybie łuski i żabie oczy.
    By przyzywać.

    Be careful what you wish for.

    Kwant współczucia.
    Kwant zrozumienia.
    Kwant empatii.

    [jakbym tłumaczyła nowego Bonda to tak bym właśnie przetłumaczyła tytuł, choć nie oddaje tego poczucia, że Sol, nie każe czuć piachu, nie odwołuje się do ciepła… choć ziarnko piasku, kwant współczucia, najmniejszy fragment fali…
    … jak mi nie wyjdzie z fizyką zabiorę się za tłumaczenie filmów]

    I gdy dziś tak wszystko wraca, jakże właściwy film. Zauważam, że dopasował spodnie do koszuli, może przypadkowo, ale zawsze.
    Dostrzegam i tak mi jakoś miło, mimo że mam mocne przekonanie, że nadal bardzo jesteśmy głupi oboje. Tak mi się przy okazji przypomina wiersz o babie i dziadzie, bardzo starych obojgu, niej wątłej i słabej, nim skurczonym we dwoje, którzy czekali na śmierć, a doczekawszy się licytowali, które z nich bardziej nie może onej przywitać. Licytacja w wierszu (tu spojler) kończy się tym, jak zdenerwowana śmierć wchodzi sobie kominem.
    Zastanawiam się czy tak samo będzie z miłością.
    Bo przecież tak kiedyś na tego jedynego czekałam. Tak bardzo chciałam. Tak łatwo się zauroczałam. By spektakularnie egzekwować nie dopuszczanie do siebie nikogo aby za blisko i genialnie się pilnować. I ile miłość będzie czekać aż w końcu weźmie przykład z wierszowej śmierci i wpakuje się kominem brudząc wszystko niemiłosiernie.

    Odrobina zrozumienia przychodzi znienacka przez plac. Bezinteresownie, ciepło, między radami.

    Kwant empatii, jakże właściwie.

    Większość moich znajome dzieli urodziny z KIMŚ.
    W sensie z jakąś postacią tak inspirującą i światowo wspaniałą, że nic tylko paść na kolana i pastować buty.
    I to jeszcze większość z tej większości dzielących urodziny z moimi znajomymi to po prostu DIVY.
    Ja dzielę swoje, umówmy się, ze Stevem Martinem i Hallie Berry. Umówmy się, że nawet jak się doda Asnyka, Danielle Steel, Ørsteda, Wima Wendersa, Magica Johnsona czy NAWET René Goscinnego czy Linę Wertmüller no to mogłam trafić lepiej. Chyba, że to znak, że ja powinnam zostać Divą i zapełnić pustą przestrzeń dla przyszłych pokoleń.
    Chwilowo jednak, jako że podczas moich oficjalnych urodzin urządzałam wrronie wieczór panieński, postanowiono obchodzić moje urodziny tutaj dziś.
    Miło, nie sądzicie.

    Tym bardziej, że dziś dzielę je z Tildą Swinton i samą Vivien Leigh.
    Ja nie mówię, że ktoś w tym towarzystwie jest autorytetem moralnym albo miał w życiu łatwo. Ale żadnej z pań nie można odebrać, że są, całkowicie, bezwarunkowo i absolutnie rodzajem Div.
    Extraordinary bym wręcz powiedziała.

    Co tam jeszcze w ramach dnia Guy’a Fawkesa?
    Panowie mi składają łóżko. Ale coś mówią, że mogą do końca dnia roboczego nie zdążyć. Składali, zanim wyszłam po polsku, czyli jeden robił jak się patrzy a reszta patrzyła jak się robi ale potem im przeszło i już im szło lepiej w kupie.
    W kupie raźniej.

    Poza tym na przykład jeszcze się w tym tygodniu nie wywaliłam, co uważam za sukces sensomotoryczny.

    No i czytam książkę. Jak nie zejdę na skutek szoku z utwierdzenia się w przekonaniu, że niektórzy też mają tak nierówno pod sufitem jak ja i żyją to się podzielę.
    Bo doprawdy.
    Zupełnie nowe spojrzenie na porypaną Janice. I na Romana Polańskiego, którego uroczo opisuje w rozdziale pierwszym. Traktującym zresztą o najgorszej randce w życiu.

    Hakuna Matata.
    Idę sprawdzać co kwiat młodzieży kanadyjskiej ma do powiedzenia na temat tarcia.
    Przeczuwam, że wiele.
    Ino nie na ten. :)

    Najpierw, w myśl tradycji starszej niż pewnie wszystko inne i zgodnie z ideą komercji, uwspółcześniając co trzeba zakładam czarną perukę z upiętymi włosami, baletki z oodpadniętymi kokardami i sukienkę co się układa tak, że ramiączka i kawałek miseczki wystaje.
    Sukienka ma, okazuje się, znacznie więcej zastosowań, niż zastrzelanie byłych facetów tym, jak uroczo w niej wyglądam.

    I w sumie gdyby nie to, że już ktoś zikonizował ten wygląd mogłabym twierdzić, że jestem współczesną czarownicą.
    Ale zdradzają mnie malowane markerem tatuaże pin-up girls na ramionach. Które się, nota bene, ciężko zmywają.

    A potem odpływam myślami do tych, których nie ma. Na krótko, na trochę. Nad St. John’s, tradycyjnie, kładzie się mgła. Więc piszę to, co mi się w głowie układa. A potem pada.

    Między słowami tłumaczę zasady rozwiązywania zadń kanadyjskiej młodzieży, wpływając, mam nadzieję dodatnie na przyszłość tego kraju. Edukowanie przyszłości tego kraju staje się powoli moim hobby.

    Jakie mam jeszcze wnioski?
    Że fizycy potrafią prawić fajne komplementy. Nawet ci, co normalnie wiele nie mówią.
    I że filozofowie się fajnie całują. Przynajmniej jeden.

    Żegnamy czas oszczędzania światła dziennego, witamy listopad i pierwszego humanistę na liście.

    bloody cliche


    • RSS