Gdybym miała – a powinnam – podsumowywać ten rok, to jego tematem przewodnim był ruch w każdym znaczeniu.

Przede wszystkim przeprowadzałam (move) się tak niezliczoną ilość razy, że mogłabym napisać poradnik przetrwania podczas przeprowadzki. Oraz sporządzić listę rzeczy, które z pewnością nie są mi potrzebne.  A które, z różnych względów, zimują w składziku od września.

Tuż potem ruch definiuje fakt, żę zjechałam (motion) chyba tyle Polski co nigdy w jedne wakacje. Uwielbiam, mimo tego, że w PKS się czuje, że jedzie a PKP nadal głównie jedzie wieloznaczeniowo.

Zaraz za tym stoi (o ironio) przecudowne poradzenie sobie z tym, co mnie gryzło większość zeszłego roku (move on) i dojście do porządku z faktem, że złamane serce może być błogosławieństwem. I że jak mogłam zapomnieć, że wszystko się dzieje w jakimś celu.

Jako że spoglądam na rok egoistycznie i z własnego punktu widzenia, wielkie ruchy w życiu przyjaciół są dopiero tu. Co prawda małżeństwo po angielsku nie jest ruchome, ale po polsku za mąż się ewidentnie WYCHODZI.

Był to również rok przechodzenia. Gdzieś tam mi podpowiadają resztki zdrowego rozsądku, że powinnam wstawić niestety i wyciągnąć z tego wnioski. Mimo zabójczej logiki nie mam w sobie ani trochę żalu. Bo każde jedno przejście było jak bit na podsumowanie czegoś, rytmiczne, dobrze wyczute. No i z każdego, ku uciesze moich znajomych, jest jakaś historia. A to już coś.

Właśnie… jest to też rok, w którym wiele ważnych i bliskich osób przemieściło się w przestrzeni a jednocześnie wiele osób, które nagle zaczęły mieć znaczenie w moje życie weszło.

Wypunktuję też taką oczywistość, że rok był jakby przestępny.
Ruchomy.
Choć na pierwszy rzut oka wcale nie taki dynamiczny.

I aby się podsumować tuż przed świętami jestem przeprowadzona (!) do domu znajomych, z których jedno wyjechało (!) a jedno uwielbia te wszystkie przejściowe historie (!). Jutro wracam (!) do siebie by robić rybę po grecku i piec pierniki.

Byłabym zapomniała. Jest to również rok, w którym mieszkanie w St. John’s zatoczyło koło a ja wróciłam do miejsca, w którym spędziłam swoją bardzo pierwszą noc na wyspie. Ten sam budynek będzie moim domem podczas moich pierwszych świąt tu. I nie wiedzieć czemu napawa mnie to poczuciem, że jestem tak bardzo w domu jak mogłabym być nie będąc koło mamy.

To co?
Zanim wrócę do domu i się oddam nastrojowi świąt, zanim spędzę jeszcze jedną noc kątem by znowu ruszyć? Zanim zwalczę wirusa w kompie i jutro napiszę te prawdziwe życzenia, zanim będą mi się pocić oczy a brat będzie mi mówił dobra siostra czemu ci się tak oczy świecą wkleję jeszcze to.

Niech będą błogosławione.