staphre blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 1.2009

    Dwa dni zajęło mi wymyślanie jak wydarzenia, które nastąpiły w niedzielę, przedstawić sobie samej w pozytywnym świetle. Umówmy się, że obiektywnie się nie da. Długo będę się zastanawiała, gdzie zawiniłam, w którym momencie zawiodłam, gdzie przeoczyłam oraz na ile dałam się zwieść poczuciu bezpieczeństwa.
    [mimo dwudziestoplus letniego treningu, że poczuciu bezpieczeństwa nie wolno dać się zwieść]

    Wymyśliłam.
    Postanowiłam podejść do sprawy pragmatycznie i sprawdzić co z tej całej sytuacji mam.
    No mam, niewątpliwie doświadczenie
    [będące, wedle cytatu, tym co zdobywamy gdy nie uda się nam zdobyć tego, co chcieliśmy].

    Bo przecież „I believe that whatever doesn’t kill you simply makes you … stranger.”
    A to jeszcze nie koniec świata.

    …[Heath Ledger]…

    Dwudziesty stycznia budzi mnie świtem, francuskim radiem, świadomością, że w końcu absolutnie i bezwzględnie muszę wstać, gdyż czeka na mnie, zwarta i gotowa, pierwsza grupa fizyki 1051, pragnąca moich ćwiczeń równie mocno jak zimnego prysznica w ten obrzydliwy, mokry i podmarzający poranek.

    Świadomość, niemniej, bdb. Lubię musieć rano wstać. Pewnie mi przejdzie jak będę wybudzana o piątej trzydzieści coby się wyrobić w sprawie dzieci i dorosłych oraz zdążyć do prawdziwej pracy i realnego życia, ale póki co – uwielbiam mieć motywację by się uwertykalnić i zacząć poruszać. Inną, niż na przykład śródnocne kłopoty w akademiku. Odpukać.

    Dwudziesty stycznia przypomina mi tego pana, którego cytuję. I, mimo że do lipca nie widziałam go w żadnym przełomowym filmie (przegapiłam „Brokeback Mountain” z powodów, które go dziś zaciskają mi usta), nie mogę się pozbyć tego uczucia, że, podobnie jak ze śmiercią Buddy Holly’ego umarła muzyka, coś bezpowrotnie odeszło z Heathem Ledgerem. Niekoniecznie kino, ale na pewno jakiś jego nieoszlifowany, wolny i odważny aspekt. Gdzieś zanika poświęcenie graniczące z obłedem, odwaga, by  nie grać kogoś a na jakiś czas się nim stać. Pojawia się strach, że wcale nie jest tak trudno się spalić, i że choć może warto, lepiej jeszcze trochę sprobować poblednąć, złapać parę chwil, przeczekać ten nieuchronny moment, gdy nie będzie innego wyjścia.

    Wraz z tęsknotą za tą odwagą i wspominając, myślę o kimś jeszcze. Daleko, ale blisko. Styczniowo, ale ciepło. I ślę, ile mogę pozytywnej energii, takiej co jest serca biciem i wiosną.

    I między tym wszystkim podtęskniwam zupełnie dziewczęco, ale nawet się nie przyznam, bo nie warto.


    • RSS