Udałam się dziś rano do pracy.
Jest Victoria Day.
Zachodzę na zakład, doczłapuję się na trzecie piętro (windy są dla tych, co muszą, póki nie muszę nie używam).
Oczywiście żywej duszy.
Niby mogłam na tym zakładzie zostać, bo w sumie mam co robić a praca doktorska się sama nie napisze.
Ale weszłam do biura. Za oknem plus dwadzieścia, w biurze zaduch.
Zajęło mi dwie minuty zdecydowanie co robię. Odniosłam metr książek do biblioteki po drodze po czym udałam się do domu a stamtą szybkim tempem do kina.
Nie powiem na co poszłam, ale anioły ciekawie pokazują palcami i innymi narzędziami. Scena z samolotem lekko przegięta. O antymaterii się nie wypowiadam, bo za mało wiem.
Acz przyznam, że zawodowo anihiluję i kreuję fonony. Toteż jasno widać, że za mało wiem.

Chwilowo nic nie jest w stanie przyćmić filmu, który oglądałam w sobotę. Zatytułowany jest „Sunshine Cleaning” i jest głównie o tym, że ludzie różne rzeczy chowają po maskami a siłę życiową można znaleźć we wszystkim. Najbardziej niespodziewanie czasami w samym sobie.
Amy Adams wspaniała, Emily Blunt nie musi nosić Prady by przekonywać, Alan Arkin dotrzymuje dziewczynom kroku.

Teraz siedzę i mam taki ciąg na pisanie, że nic mnie nie jest w stanie chyba zatrzymać.

Gdzie mój LEd?