staphre blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 8.2009

    Zanim Brad Pitt wydarl sie z akcentem rodem z Tennessee, zanim sierzant Hugo S. sie nie usmiechnal i zanim Donnie D. uderzyl palka, w kinie, tuz przed filmami zaprodukowala sie jakas dziewczynka.
    Z piosenka.

    Nie mam pojecia kto nie mam pojecia co. Kobieta ma przeokropna fryzure i spiewa w sumie o tym jak zle i niefajnie jest w szkole sredniej dla kazdego, kto jest choc troche niepasujacy do mocnorozwinietych klik.
    Czyli umowmy sie, nic nowego, juz w „Breakfast Club” mielismy dobra wizje.
    W teledysku widac tez co sie potem, po szkole i wielu latach, z ludzmi stalo. Nie ludzmy sie, cheerleaderka jest zaniedbana mama piecioraczkow, podrywacz z druzyny jest bezbarwnym nauczycielem wfu, jakby zamroczony czlowiek spod szafek natomiast – usmiechnietym testerem gier komputerowych.

    Nie powiem, zastanowilam sie jaka tabliczke trzymalabym ja, biorac pod uwage, ze w szkole sredniej bylam glownie nieszczesliwie zakochana, niepewna siebie i najogolniej przestraszona.

    I zle ubrana (no matko, przyznam sie bo co.) Nie mialam ani poczucia ani wyczucia, ani odwagi ani kreatywnosci.
    Wiec sie umowmy.
    Z wiekiem przyszlo :)

    I tak zanim teledysk sie skonczyl wiedzialam.

    Dzis, na przednowku nowego roku szkolnego, ktory mnie zawsze napelnial jednakowo mocno strachem i radoscia, wiem, jaka tabliczke trzymam dwanascie lat po moim ostatnim pierwszym wrzesnia.
    (nie ukrywam, inspirowana Agrado z „Wszystko o mojeje matce, zeby nie bylo, ze nie daje kredytu gdzie sie nalezy).

    Trzymalabym tabliczke z imieniem Ania.
    I podpisem ANIA.

    Bo przed jutrzejszym pierwszym wrzesnia jestem soba.
    Autentycznie.
    Bo jestem taka, jaka zawsze chcialam byc.
    (poza tym ze wiotka i z 1.70 no ale umowmy sie, niektore rzeczy mozna poswiecic)

    Inglorious Basterds bdb nawet jak sie nie lubi Brada Pitta (nie lubie)

    Podczas buszowania po Chaptersach natrafiamy na pół ściany książek o ekologii. I zanim zdążam zbliżyć się do nich by przejrzeć o czym traktują (a traktują o oszczędzaniu zasobów naturalnych i lepszym odnoszeniu się do miejsca, którego nie odziedziczyliśmy po przodkach ale które pożyczyliśmy od naszych dzieci) nachodzi mnie myśl, jaką, same w sobie są hipokryzją.

    Żebyśmy się źle nie zrozumieli. Uwielbiam książki. Kocham je czytać, kupować, przegladać, pożyczać. Uważam, że są dobrem użytkowym, przechodnim, że mogą towarzyszyć wszędzie, że nie służą zapełnianiu półek i dobremu wyglądowi. Moje książki są czytane w wannie, w autobusie, podczas jedzenia. Mają zamoknięte brzegi, pozakładane rogi, pozakreślane cytaty, noszą definitywne ślady użytkowania. Jedyne książki, które traktuję delikatnie, to pożyczone.
    Moje są moje. Ale jeśli ktoś się w jakiejś zakocha i zatrzyma – nie czepiam się.

    O czym chciałam.
    Książki o ekologii trochę same sobie przeczą. Jeszcze żeby były na papierze z makulatury to rozumiem. Ale nie są. Nie wszystkie. W zasadzie, zdecydowana mniejszość.
    Zdecydowana większość natomiast trafi do kosza na przeceny.

    Chciałabym się mylić, naprawdę. Chciałabym wierzyć, że przed wydaniem książki traktującej o tym, jak przyjaźniej traktować świat ktoś naprawdę przyłożył się do edycji, rozważył za i przeciw, zrobił rozeznanie czy warto, czy jest popyt, czy książka naprawdę wpłynie na ludzi którzy ją kupią, czy ci, którzy będą ją czytać zrobią to dla zawartych treści czy dla nazwiska autora.
    I przede wszystkim i najbardziej, czy taka książka będzie miała jakąś siłę rażenia. Prawdziwą, rzetelną, popartą jeśli nie badaniami to przynajmniej logiką i konsekwencją.
    Bo skoro zużywa surowce naturalne by zaistnieć, ma moralny obowiązek taką mieć.


    • RSS