staphre blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z okresu: 11.2009

    Śniło mi się, że ksiądz mnie wyrzucił ze spowiedzi.

    Ponadto ziew.

    Znicz olimpijski przebiegł przez Nową Funlandię. Fajny ten znicz.

    Książe Karol nas odwiedził. Nie, nie widziałam, ale był.

    Znowu nie było prądu w sobotę.  W zupełnie zelektryzowanym akademiku fajnie tak w listopadzie. Zimno. Ciemnawo. I bez wody.
    [przypomina mi się, że kiedyś norma taka była, że jak nie ma prądu to i nie ma wody a prądu generalnie nie bywało często]

    Ponadto co tam.
    Ach no ten sen.
    Wiem skąd się wziął bo doskonale pamiętam o czym przed snem myślałam.
    Że czas poszukać księdza i zdecydować się na wyznanie.

    No bo ten no.
    Biorę ślub.

    [acz teściowa in spe cały czas podejrzewa, że jej nieoczekiwanie oznajmimy, że cywilny pojutrze. biorąc pod uwagę, jak bardzo zależy mi na sukni, kwiatach i jak uwielbiam być w centrum uwagi, w ogóle nie wiem skąd ma takie pomysły.]

    Do napisania notki zainspirował mnie wątek z forum wyborczej. Nie wkleję, bo wątek mnie zainspirował luźno acz głęboko.
    [ciekawe co mnie zainspiruje do napisania artykułu i uczenia sie do obrony? atak paniki chyba tudzież przywalenie z piąchy]

    Wychowałam się w rodzinie silnych kobiet. Nie żeby zaraz doskonałych, nie, nie, ale silnych.
    Wychowałam się w rodzinie inteligentnych kobiet. Nie żeby zaraz takich, co pozjadały wszystkie rozumy, ale inteligentnych.
    Wychowałam się w rodzinie kobiet wierzących w niezależność. Nie że materialistek, ale rozumiejących z czym niezależność się nieodzownie łączy.

    Nikt mi nigdy nie powiedział, że jestem mniej zdolna i mam mniej praw do realizowania własnych ambicji niż jakikolwiek mężczyzna. Nikt mnie nie zachęcał do „ukrywania rozumu a pokazywania nóg”*, nikt nie zabierał książek, nikt nie zabraniał się uczyć.
    Na Boga nikt nie protestował kiedy poszłam na kierunek tak ścisły, że bardziej się nie da.

    Nikt też mi nigdy nie powiedział, że z czymś mam się użerać, bo faceci tak mają.

    Ale.
    ALE.

    Uważano w tej rodzinie mądrych i silnych kobiet, że kobieta jest mądra i silna to sobie ma dać radę. I mężczyznom obiad podawano, podczas gdy ja sobie go nakładałam sama [nie mam żalu, przynajmniej nikt mi nie mówił co mam jeść].

    Moja mądra i niesamowita Babcia Jania, która czytała przy księżycu i prowadziła samorzutny zakład krawiecki po nocach i dniach kazała się uczyć, ale nazywała feministką, gdy odmawiałam robienia bratu kanapek. [I mu te kanapki, ledwo stojąc na nogach, robiła. Co mnie bolało i wkurzało jednocześnie.]

    Moja stanowcza, taktowna i niezwykle zdeterminowana mama, która niedługo po trzydziestce została dyrektorem zakładu, chodziła w jednej spódnicy byśmy mogli się uczyć języków, ale za niepozmywane gary narzekała tylko mi. Ale choć nigdy przenigdy nie kazała mi nosić różowego koloru (choć w sumie nie miała jak bo w sklepach nie było) rzucała bardzo enigmatyczne rady, że powinnam bardziej „dbać o siebie” bez szczegółowych wskazówek.
    [długo mi generalnie wisiało, co noszę i jak]

    Mój ojciec uważa, że obsługa mu się należy. I kropka. Nawet jak wszyscy padają na ryjki. Z czym się nikt nie kłócił ale też i specjalnie nikt nie liczył. Jak było to było (na ogół było). Jak nie to nie.
    [tu się ocenzuruję od środka]

    Nie wiem, co uważa mój brat, mam z nim sztamę, że nie narzekamy na siebie bo z kimś sztamę mieć trzeba.
    [Acz uważam, że mógł mi częściej pomagać nosić zakupy. I on o tym wie.]

    I tak miałam cały czas wrażenie, że wszystko to uczy mnie zaradności, planowania, niezależności i decydowania za siebie oraz ponoszenia konsekwencji każdej jednej decyzji. Sprawiedliwość była na drugim miejscu, co sobie bardzo cenię, bo nigdy nie spodziewałam się potem, że mnie cokolwiek w życiu potraktuje sprawiedliwie. I nie wyrobiłam sobie postawy roszczeniowej w stopniu najmniejszym.

    I nie wiem, czy narzekam. Bo nie wpojono mi standardowego podziału ról.
    Wpojono mi natomiast to, że od każdego członka rodziny, wedle potrzeb, sił, chęci i zainteresowania, należy wymagać. Szybko też wyszło na jaw, że im więcej komuś zależy i bardziej się przejmuje tym więcej będzie robił.

    Więc nie, nie narzekam.

    Acz nie rozumiem dwóch rzeczy.

    Gdy się zaręczyłam wiele dziewczyn z akademika, którym się opiekuje było w szoku, że ktoś tak niezależny się zaręczył. Ja nie widziałam między niezależnością a brakiem stałego związku jakiejkolwiek korelacji. I chyba nigdy nie zobaczę. [KUDOS BABCIA JANIA]

    TPH sam z siebie uważa, że zmywać gary należy po równo, gotować na zmianę/wedle ochoty a pranie do pralni nosić razem a potem sortować wspólnie tudzież kto tam ma czas. Nadal bywam w szoku. Ale nie protestuję.

    Musiałabym na łeb upaść.

    * to cioteczna babcia Nancy P. z „Emilki ze Srebrnego Nowiu”


    • RSS