Za pierwsze pieniadze zarobione w „prawdziwej” pelnoetatowej pracy zawsze chcialam sobie kupic zegarek.
A juz tak naprawde bardzo gdy moj ukochany osiemnastokowy srebrny, dziwny, prosty i dla nikogo nie zrozumialy zegarek z krzywa tarcza i bez cyferek rozpadl sie na lotnisku w Montrealu gdy zahaczylam nim o krzeslo w sali odlotow.

Tak z rok temu nawet rozgladalam sie za takim zegarkiem. Na prosble o „prosty” i „niezdobiony” pani przyniosla mi taki, ktory mysle pasowalby do wizerunku niektorym polskim celebrytkom.
Mi nie.

Mnie nawet akceptacja blingu w pierscionku zareczynowym przychodzi z trudnoscia.

No wiec zawsze chcialam sobie ten zegarek kupic.
Tymczasem zlozylo sie tak, ze pierwsza moja wyplata poszla na cos chyba o wiele bardziej waznego.

Moja pierwsza wyplata stala sie pierwsza splata kredytu za dom.
Dodam tu ze NIE CALA, ale faktycznie jej znaczaca czesc.
W sumie taka, jaka chcialam poswiecic na ten zegarek.

I ma to dla mnie o tyle wiecej sensu, ze nagle, w okolicy piecdziesiatego trzeciego zachodniego poludnika i czterdziestego siodmego polnocnego rownoleznika zaczelam miec swoje wlasne miejce.
Wiem.
W 95% nalezy do banku i bedzie do niego nalezec tak przez dlugie dlugie lata.

Ale od dwoch czwartkow temu jest tez tak odrobine moje.
Zegarek po zegarku.
Martens po martensie.