na poczatku napisze co powinnam [jest 10:49 Standardowego Czasu Nowofunlandzkiego, ktory w swym standardzie nie obowiazuje nigdzie indziej na swiecie]
Powinnam pisac program albo starac sie zrozumiec ten, ktory ktos tam juz natworzyl.

Jak widac na zalaczonym, program sie mieli w tle.
[przy okazji mnie olsnilo i chyba naprawilam blad]

Napisze co myslalam w poniedzialek wieczorem, piekac tarty owocowe, gotujac obiad, robiac pranie i tanczac do Kukiza i T-Love.

Otoz myslalam o zdaniu definiujacym feminizm zapodanym kiedys swiatu przez Rebecce West.
Podobnie jak ona, nie mam pojecia czym feminizm jest, a o tym, jak odczuwam swoja kobiecosc juz kiedys pisalam, wiec sie nie bede powtarzac (bo co bede Hemingway’owi dawac satysfakcje).

Ale tak pieklam, gotowalam, pralam i tanczylam [kokkokokoko] i dochodzilam do wniosku, ze nie ma moje zachowanie absolutnie nic wspolnego z jakakolwiek norma spoleczna.
Pieklam by odreagowac codzienna dawke Matrixa.
Gotowalam, bo bylam glodna.
Pranie robilam, bo mi sie skonczyly czyste czarne spodnie.
A tanczylam, bo mialam na to ochote.

Usiadlam by sprawdzic przepis.
I olsnilo mnie, co sprawia, ze pilnuje, by piorac wrzucic do tego czarnego prania wszystkie moje-nie-moje koszulki i inne czesci podgarderoby.
Co sprawia, ze zalezy mi bysmy oboje mieli czyste.
Zdrowy rozsadek, jasne. I chec bycia pochwalona za bycie doskonala zona.
[prrr prrr prrr brr brr brr <-- czolg]

Doszlam do wniosku, ze nie ma innego powodu, dla ktorego pierze sie czyjes gacie i wywala czyjes pieluchy (nie ze wywalam, ale wiadomo o co chodzi). Robi sie tak, bo sie chce, zeby ten ktos mial to troche lepiej.
O sobie mowie.
Bo w kwestii tego, co wypada jestem na bakier.

I nie ma innego wyjasnienia, ktore motywowaloby przebieranie czyjegos brudnego prania, niz to, ze sie kogos kocha.
Przynajmniej dla mnie.