Po przejsciu majowego stresu w czerwcowe deszcze (zadna inna pogoda nie jest taka jak Najbardziej Zapadane w czerwcu, mgla przez 26 dni, deszcze przez 25 z trzydziestu), lipiec przywital sloncem.

Po cichu wrocila swiadomosc tego, ze swiat dotyka sie kazdym zmyslem, ktory sie ma, lacznie z tymi, ktorych glosno nie nazywa nauka. Pierwszy weekend od ponad roku podczas ktorego umiem sie zrelaksowac spedzam zapominajac o tym, o czym pamietac powinnam i myslac o tym, co przypomina mi, z jakiej jestem bajki.

Po przebrnieciu przez etap dorastania nieco pozniej niz wszyscy inni odnajduje siebie w stanie, z ktorego nie zamierzam „zaraz wracac”, czekajaca na ostatni kawalek dokumentu i planujaca co dokladnie powinnam robic we wrzesniu.

A w miedzyczasie licze, probuje pisac, planuje wyjazd i pozwalam myslom wedrowac po meandrach.
Niech maja.
Nalezy im sie w sumie po ostatnich dwoch latach ukierunkowania.