staphre blog

    Twój nowy blog

    Śniło mi się, że ksiądz mnie wyrzucił ze spowiedzi.

    Ponadto ziew.

    Znicz olimpijski przebiegł przez Nową Funlandię. Fajny ten znicz.

    Książe Karol nas odwiedził. Nie, nie widziałam, ale był.

    Znowu nie było prądu w sobotę.  W zupełnie zelektryzowanym akademiku fajnie tak w listopadzie. Zimno. Ciemnawo. I bez wody.
    [przypomina mi się, że kiedyś norma taka była, że jak nie ma prądu to i nie ma wody a prądu generalnie nie bywało często]

    Ponadto co tam.
    Ach no ten sen.
    Wiem skąd się wziął bo doskonale pamiętam o czym przed snem myślałam.
    Że czas poszukać księdza i zdecydować się na wyznanie.

    No bo ten no.
    Biorę ślub.

    [acz teściowa in spe cały czas podejrzewa, że jej nieoczekiwanie oznajmimy, że cywilny pojutrze. biorąc pod uwagę, jak bardzo zależy mi na sukni, kwiatach i jak uwielbiam być w centrum uwagi, w ogóle nie wiem skąd ma takie pomysły.]

    Do napisania notki zainspirował mnie wątek z forum wyborczej. Nie wkleję, bo wątek mnie zainspirował luźno acz głęboko.
    [ciekawe co mnie zainspiruje do napisania artykułu i uczenia sie do obrony? atak paniki chyba tudzież przywalenie z piąchy]

    Wychowałam się w rodzinie silnych kobiet. Nie żeby zaraz doskonałych, nie, nie, ale silnych.
    Wychowałam się w rodzinie inteligentnych kobiet. Nie żeby zaraz takich, co pozjadały wszystkie rozumy, ale inteligentnych.
    Wychowałam się w rodzinie kobiet wierzących w niezależność. Nie że materialistek, ale rozumiejących z czym niezależność się nieodzownie łączy.

    Nikt mi nigdy nie powiedział, że jestem mniej zdolna i mam mniej praw do realizowania własnych ambicji niż jakikolwiek mężczyzna. Nikt mnie nie zachęcał do „ukrywania rozumu a pokazywania nóg”*, nikt nie zabierał książek, nikt nie zabraniał się uczyć.
    Na Boga nikt nie protestował kiedy poszłam na kierunek tak ścisły, że bardziej się nie da.

    Nikt też mi nigdy nie powiedział, że z czymś mam się użerać, bo faceci tak mają.

    Ale.
    ALE.

    Uważano w tej rodzinie mądrych i silnych kobiet, że kobieta jest mądra i silna to sobie ma dać radę. I mężczyznom obiad podawano, podczas gdy ja sobie go nakładałam sama [nie mam żalu, przynajmniej nikt mi nie mówił co mam jeść].

    Moja mądra i niesamowita Babcia Jania, która czytała przy księżycu i prowadziła samorzutny zakład krawiecki po nocach i dniach kazała się uczyć, ale nazywała feministką, gdy odmawiałam robienia bratu kanapek. [I mu te kanapki, ledwo stojąc na nogach, robiła. Co mnie bolało i wkurzało jednocześnie.]

    Moja stanowcza, taktowna i niezwykle zdeterminowana mama, która niedługo po trzydziestce została dyrektorem zakładu, chodziła w jednej spódnicy byśmy mogli się uczyć języków, ale za niepozmywane gary narzekała tylko mi. Ale choć nigdy przenigdy nie kazała mi nosić różowego koloru (choć w sumie nie miała jak bo w sklepach nie było) rzucała bardzo enigmatyczne rady, że powinnam bardziej „dbać o siebie” bez szczegółowych wskazówek.
    [długo mi generalnie wisiało, co noszę i jak]

    Mój ojciec uważa, że obsługa mu się należy. I kropka. Nawet jak wszyscy padają na ryjki. Z czym się nikt nie kłócił ale też i specjalnie nikt nie liczył. Jak było to było (na ogół było). Jak nie to nie.
    [tu się ocenzuruję od środka]

    Nie wiem, co uważa mój brat, mam z nim sztamę, że nie narzekamy na siebie bo z kimś sztamę mieć trzeba.
    [Acz uważam, że mógł mi częściej pomagać nosić zakupy. I on o tym wie.]

    I tak miałam cały czas wrażenie, że wszystko to uczy mnie zaradności, planowania, niezależności i decydowania za siebie oraz ponoszenia konsekwencji każdej jednej decyzji. Sprawiedliwość była na drugim miejscu, co sobie bardzo cenię, bo nigdy nie spodziewałam się potem, że mnie cokolwiek w życiu potraktuje sprawiedliwie. I nie wyrobiłam sobie postawy roszczeniowej w stopniu najmniejszym.

    I nie wiem, czy narzekam. Bo nie wpojono mi standardowego podziału ról.
    Wpojono mi natomiast to, że od każdego członka rodziny, wedle potrzeb, sił, chęci i zainteresowania, należy wymagać. Szybko też wyszło na jaw, że im więcej komuś zależy i bardziej się przejmuje tym więcej będzie robił.

    Więc nie, nie narzekam.

    Acz nie rozumiem dwóch rzeczy.

    Gdy się zaręczyłam wiele dziewczyn z akademika, którym się opiekuje było w szoku, że ktoś tak niezależny się zaręczył. Ja nie widziałam między niezależnością a brakiem stałego związku jakiejkolwiek korelacji. I chyba nigdy nie zobaczę. [KUDOS BABCIA JANIA]

    TPH sam z siebie uważa, że zmywać gary należy po równo, gotować na zmianę/wedle ochoty a pranie do pralni nosić razem a potem sortować wspólnie tudzież kto tam ma czas. Nadal bywam w szoku. Ale nie protestuję.

    Musiałabym na łeb upaść.

    * to cioteczna babcia Nancy P. z „Emilki ze Srebrnego Nowiu”

    Witajcie dziewczeta i chlopcy.

    Tak mnie dzis naszlo.

    Ika to wiem, ze zrozumie.

    A reszta moze choc troche tez.

    [duzo duzo lat pozniej dowiedzialam sie kto wykonuje i jeszcze, ze zginal w wypadku samochodowym w moje dziesiate urodziny]

    Mam wrazenie, ze im jestem starsza tym lepiej wygladam.
    [nieskromnie i bez zahamowan przyznam]

    Nie wiem, czy to kwestia genow czy przyzwyczajenia do wlasnej facjaty.
    Zrzucilabym na milosc, ale proces obserwuje od dawna.

    Moze mi sie z czasem na twarzy odbija wiekszy dystans,
    moze mi sie wzrok pogorszyl,
    moze po prostu poziom krytycznosci mi spadl,
    a moze po prostu robie sie coraz bardziej podobna do siebie, coraz bardziej autentyczna.

    Jest tez zupelnie prawdopodobne, ze skoro przestalam traktowac kazda niedoskonalosc jako powod do tego, by mnie nie lubic, one wszystkie postanowily polubic mnie.
    Bardzo mozliwe tez, ze zwisa mi jak wygladam wiec mozg sie znieczulil (oh doprawdy, co na to moja szafa).

    Nie wiem.

    Jest tez opcja, ze sie odlarwilam i po prostu wyladnialam.
    Zdarza sie, nie?

    [obrazek jest całkowicie i absolutnie od Anne Taintor, wiem, że nieładnie tak kraść, ale tu proszę]

    Kawa po dziewięćdziesięciu minutach w ekspresie pachnie jak palony słonecznik. Dokładnie ten sam, co nim tato permanentnie zaśmiecał cały duży pokój przy wydatniej pomocy reszty domowników.

    Ale po nieprzespanej nocy, po alarmie p-poż na skutek głupoty jakiegoś miłośnika popcornu o 3 nad ranem smakuje jak kawa, bo jest kawą choć kawą nie pachnie.

    Pachnę za to spalonym popcornem ja. I całe moje łóżko i całe drugie piętro akademika.
    Jak dorwę tego, co wczoraj robił popcorn to doprawdy, nie ręczę za siebie.

    Dla pokazania samej sobie, że potrafię być jeszcze miłym człowiekiem, ustawiam acknowledgments do mojego doktoratu. Inaczej niż dotąd, inaczej niż widziałam, po mojemu. Wybieram, inspiruję się, dopasowuję.
    Niektóre są oczywiste.
    Inne trochę mniej.

    Myślę, że koniec końców kto ma zrozumieć, pojmie.

    [CZAŚNIJCIE MNIE W ŁEB ZANIM ZNOWU GDZIEŚ SIĘ ZGŁOSZĘ NA OCHOTNIKA]

    Kanada jest fajna, nie mowie.
    Nowa Funlandia to w ogole, choc z Kanada moze ma tyle wspolnego, ze Steven Harper nimi rzadzi.

    Kanada jest fajna.
    Za Europa tesknie jak smok.

    Szukam wiec powodu by do Europy wrocic.
    Bo umowmy sie, powod by zostac w Kanadzie mam tak dobry, ze lepszego nie trzeba.
    Szukam.
    I szukam.

    I zastanawiam sie ile jest osob takich jak ja.
    Takich, co przynaleza dwutorowo, dwumiejscowo, dwuswiadomosciowo.

    TH czasami mowi, ze jest taka czesc mnie, ktorej w ogole nie zna.
    No jest.
    Ta polska. Ta, ktora jak klnie to kurwa nie fuckiem. Ta, ktora gdy mu mowi ile dla niej znaczy to przez kocham a nie ajlawju. Ta, ktora odruchowo w kosciele mowi ojcze nasz i lapie sie chwile pozniej ze ourfader tez zna.
    I ta, ktora ma wrazenie, ze wlasnie o ta polska czesc sie wlasnie opieramy. Ta, ktora wie, ze wiele rzeczy, ktore ma w sobie sa rodzinne a nie narodowosciowe.
    A jednoczesnie ta sama, ktora wie, ze wewnetrzne popierdzielenie nie zna granic ani jezykow.
    Bo sama w sobie jest dualna.

    Zanim Brad Pitt wydarl sie z akcentem rodem z Tennessee, zanim sierzant Hugo S. sie nie usmiechnal i zanim Donnie D. uderzyl palka, w kinie, tuz przed filmami zaprodukowala sie jakas dziewczynka.
    Z piosenka.

    Nie mam pojecia kto nie mam pojecia co. Kobieta ma przeokropna fryzure i spiewa w sumie o tym jak zle i niefajnie jest w szkole sredniej dla kazdego, kto jest choc troche niepasujacy do mocnorozwinietych klik.
    Czyli umowmy sie, nic nowego, juz w „Breakfast Club” mielismy dobra wizje.
    W teledysku widac tez co sie potem, po szkole i wielu latach, z ludzmi stalo. Nie ludzmy sie, cheerleaderka jest zaniedbana mama piecioraczkow, podrywacz z druzyny jest bezbarwnym nauczycielem wfu, jakby zamroczony czlowiek spod szafek natomiast – usmiechnietym testerem gier komputerowych.

    Nie powiem, zastanowilam sie jaka tabliczke trzymalabym ja, biorac pod uwage, ze w szkole sredniej bylam glownie nieszczesliwie zakochana, niepewna siebie i najogolniej przestraszona.

    I zle ubrana (no matko, przyznam sie bo co.) Nie mialam ani poczucia ani wyczucia, ani odwagi ani kreatywnosci.
    Wiec sie umowmy.
    Z wiekiem przyszlo :)

    I tak zanim teledysk sie skonczyl wiedzialam.

    Dzis, na przednowku nowego roku szkolnego, ktory mnie zawsze napelnial jednakowo mocno strachem i radoscia, wiem, jaka tabliczke trzymam dwanascie lat po moim ostatnim pierwszym wrzesnia.
    (nie ukrywam, inspirowana Agrado z „Wszystko o mojeje matce, zeby nie bylo, ze nie daje kredytu gdzie sie nalezy).

    Trzymalabym tabliczke z imieniem Ania.
    I podpisem ANIA.

    Bo przed jutrzejszym pierwszym wrzesnia jestem soba.
    Autentycznie.
    Bo jestem taka, jaka zawsze chcialam byc.
    (poza tym ze wiotka i z 1.70 no ale umowmy sie, niektore rzeczy mozna poswiecic)

    Inglorious Basterds bdb nawet jak sie nie lubi Brada Pitta (nie lubie)

    Podczas buszowania po Chaptersach natrafiamy na pół ściany książek o ekologii. I zanim zdążam zbliżyć się do nich by przejrzeć o czym traktują (a traktują o oszczędzaniu zasobów naturalnych i lepszym odnoszeniu się do miejsca, którego nie odziedziczyliśmy po przodkach ale które pożyczyliśmy od naszych dzieci) nachodzi mnie myśl, jaką, same w sobie są hipokryzją.

    Żebyśmy się źle nie zrozumieli. Uwielbiam książki. Kocham je czytać, kupować, przegladać, pożyczać. Uważam, że są dobrem użytkowym, przechodnim, że mogą towarzyszyć wszędzie, że nie służą zapełnianiu półek i dobremu wyglądowi. Moje książki są czytane w wannie, w autobusie, podczas jedzenia. Mają zamoknięte brzegi, pozakładane rogi, pozakreślane cytaty, noszą definitywne ślady użytkowania. Jedyne książki, które traktuję delikatnie, to pożyczone.
    Moje są moje. Ale jeśli ktoś się w jakiejś zakocha i zatrzyma – nie czepiam się.

    O czym chciałam.
    Książki o ekologii trochę same sobie przeczą. Jeszcze żeby były na papierze z makulatury to rozumiem. Ale nie są. Nie wszystkie. W zasadzie, zdecydowana mniejszość.
    Zdecydowana większość natomiast trafi do kosza na przeceny.

    Chciałabym się mylić, naprawdę. Chciałabym wierzyć, że przed wydaniem książki traktującej o tym, jak przyjaźniej traktować świat ktoś naprawdę przyłożył się do edycji, rozważył za i przeciw, zrobił rozeznanie czy warto, czy jest popyt, czy książka naprawdę wpłynie na ludzi którzy ją kupią, czy ci, którzy będą ją czytać zrobią to dla zawartych treści czy dla nazwiska autora.
    I przede wszystkim i najbardziej, czy taka książka będzie miała jakąś siłę rażenia. Prawdziwą, rzetelną, popartą jeśli nie badaniami to przynajmniej logiką i konsekwencją.
    Bo skoro zużywa surowce naturalne by zaistnieć, ma moralny obowiązek taką mieć.

    ROZDZIAŁ NUMER 1 MOJEJ PRACY DOKTORSKIEJ (introduction) JEST NA JUTRO.
    ZNACZY NA ZA 12 GODZIN.

    a ja…

    A JA
    W
    PRZYSŁOWIOWEJ
    DUPIE**.


    * rozdziały #2 i #3 są
    ** copyright so-so

    Koszulki dziecięce tak maleńkie i za duże czekają w paczce na swoją kolej.
    Takie są uroczo bawełniane i kremowe i mają nadrukowane taki śliczne ciacho i przesympatyczną mrówkę.

    Jutro wyruszą w podróż do Stolicy via Glajwic.

    Wraz z nimi, jak każdego dnia, sporo myśli i wiele wsparcia do rodziców Klonów.

    Nadal, po prawie trzech tygodniach, obecność Klonów jest kosmosem ale coraz bardziej takim, który zawsze istniał.

    Nawet wymyśliłam dla nich własne nazwy. Nie Własne, bo te wykombinowali, bardzo miękko i ciepło, ich prywatni rodzice. Ale własne w sensie, że moje. Mniej łagodne, bardzie staphrowe, mniej okrągłe, bardziej kwadratowe.

    [i tylko nadal się unoszę nad osobnikami o wyobraźni dżdżownic]


    • RSS