staphre blog

    Twój nowy blog

    Nie moge zasnac, bo sie obawiam, ze jesli zasne to obudze sie w zupelnie innym swiecie. I potem moge sie z tego swiata nie obudzic i okaze sie, ze cale dzisiaj po prostu mi sie przysnilo.

     A tak naprawde
    nie mam slow.

    Niby nie zmienilo sie nic a zmienilo sie wszystko.
    Nie wiem czy mi sie poszufladkowalo czy popolkowalo w glowie i wyglada jakby nieco sie sporzadkowalo.
    Nie no, nadal mam zielono i kwiatki, i szaro i poziomki i maliny.

    Ale nagle tyle rozumiem i tyle ma sens.

    Przynajmniej na razie.
    Dzis.
    Nie moge zasnac.

    Tim spytal, ja odpowiedzialam.
    Boze jakie to proste.

    Po wyjątkowo pięknych (jak na Najbardziej Zapadane, nie jak na czerwiec) dniach przyszły zwykłe (nadal w tym samym kontekście).
    Siwo jest i trzeba nosić szary sweter. Szary głównie dlatego, że nadal się nie ma żółtego acz się chce. No i na okoliczność spadku temperatury o 10 i wzrostu wilgotnosci o za dużo zawaliło mi gardło.

    W naturze i sklepach dominurą bzy, kaczeńce, korale i łososie. I trochę kamiennej szarości, ale tak pobocznie i zza węgła. Głównie te blade róże.
    Nawet drzewo co mi się o dom opiera zakwitło.
    Cały kampus pachnie. Jako że kampus moim światem, pachnie mi kwiatami cały świat.

    Poza tym wszyscy są dziwnie tajemniczy i zaczynam mieć podejrzenia. Jak się okażą słuszne MOGĘ dokonać lekkich zniszczeń.

    Zaczął się sezon na bieganie, od razu mi się skurczył cień.

    Udałam się dziś rano do pracy.
    Jest Victoria Day.
    Zachodzę na zakład, doczłapuję się na trzecie piętro (windy są dla tych, co muszą, póki nie muszę nie używam).
    Oczywiście żywej duszy.
    Niby mogłam na tym zakładzie zostać, bo w sumie mam co robić a praca doktorska się sama nie napisze.
    Ale weszłam do biura. Za oknem plus dwadzieścia, w biurze zaduch.
    Zajęło mi dwie minuty zdecydowanie co robię. Odniosłam metr książek do biblioteki po drodze po czym udałam się do domu a stamtą szybkim tempem do kina.
    Nie powiem na co poszłam, ale anioły ciekawie pokazują palcami i innymi narzędziami. Scena z samolotem lekko przegięta. O antymaterii się nie wypowiadam, bo za mało wiem.
    Acz przyznam, że zawodowo anihiluję i kreuję fonony. Toteż jasno widać, że za mało wiem.

    Chwilowo nic nie jest w stanie przyćmić filmu, który oglądałam w sobotę. Zatytułowany jest „Sunshine Cleaning” i jest głównie o tym, że ludzie różne rzeczy chowają po maskami a siłę życiową można znaleźć we wszystkim. Najbardziej niespodziewanie czasami w samym sobie.
    Amy Adams wspaniała, Emily Blunt nie musi nosić Prady by przekonywać, Alan Arkin dotrzymuje dziewczynom kroku.

    Teraz siedzę i mam taki ciąg na pisanie, że nic mnie nie jest w stanie chyba zatrzymać.

    Gdzie mój LEd?

    Z tą koszulką to w sumie nie wiem. Znalazłam na stronie z koszulkami dla ateistów (zainspirowana TYM obrazkiem) taką co mówi „I <3 AYN” i poszedł mi cały ciąg myślowy w stronę Howarda Roarka.
    Bo w Howardzie Roarku się potajemnie kocham i jakbym miała podać przykład ukochanego bohatera literackiego to myślę, że miałabym niewątpliwy dylemat między panem Darcym a właśnie Howardem Roarkiem, architektem. Acz osobiście, pobocznie i wywrotowo uważam, że obaj panowie mają bardzo wiele wspólnego i na pewno by się doskonale dogadali. Lub przynajmniej szanowali niezmiernie.
    Niemniej potrzebę koszulki mam.

    W sprawie rozbawiania Pana Boga – po raz kolejny zresztą – muszę najpierw wspomnieć o istocie dat w moim życiu.
    Otóż daty znaczą naprawdę bardzo wiele. I nie bez powodu rzeczy się wydarzają kiedy się wydarzają.  Na przykład w chwili obecnej jest piętnasty kwietnia i lekko popaduje śnieg. Ale że jesteśmy na Nowej Funlandii i zdążyliśmy zapomnieć o wszystkim co wiemy o porach roku nawet to nas tak nie dziwi. Lekkie rozczarowanie zaś, że znowu jest zimno też nie jest naprawdę żadną niespodzianką. Niemniej nie o opadzie śniegu chciałam.
    Chciałam o dziewiętnastym marca.
    Tego roku.
    Dziewiętnastego marca tego roku prowadziłam rozmowę z Mają w której, dosyć smutno, choć mam nadzieję nie zgorzkniale, wywewnętrzniłam jej filozofię życiową na okoliczność miłości.
    Dziewiętnastego marca wróciłam do domu i zajęłam się uczeniem francuskiego na test następnego dnia. O dwudziestej drugiej zadzwonił telefon, zataczając koło od zeszłego roku i nadając zupełnie nowe znaczenie paru słowom i niektórym filozofiom. Noc przeleżałam gapiąc się w sufit i zastanawiając się, jak jest możliwe nagle tak po prostu zgubić strach, że nie jest się w stanie stworzyć niczego, w co się choć przez chwilę wierzy, że jest „na zawsze”.
    Nadal nie wierzę, że cokolwiek w życiu jest na zawsze. Ale jednocześnie zaczynam wierzyć, że może być tak, że komuś z dnia na dzień nie zmieni się humor, zdanie filozofia i stan uczuć. Zaczynam wierzyć, że będę w stanie cokolwiek zrobić by zachować stan rzeczy, że wiele będzie w końcu zależeć ode mnie.

    Dziewiętnasty marca to dzień świętego Józefa. A święty Józef, poza byciem patronem rodzin (i Kanady) jest też tym świętym do którego się modli wiadomo o kogo.

    Więc tak sobie myślę nieśmiało
    może Pan Bóg już się uśmiał z moich planów dosyć
    i teraz sobie na trochę zrobi przerwę?

    Zawsze chcialam isc do slubu w szarej sukience.
    Dwa lata temu wrrona mi powiedziala, ze prawdopodobnie upadlam na glowe.
    W tym czasie mniej wiecej Elie Saab wyczarowal TO.
    A w tym roku Chanel w ogole pojechalo ze srebrem i szaroscia.
    JAKIES WNIOSKI.

    Nie powiem ktory rok panski mamy i ile mam lat.
    Ale no.

    Dokladnie tyle co mama. Babcia. Prababcia.
    Nic nie mowie.

    [rozwazam ucieczke w panice]

    Nie śpię.
    Nie powiem na co mam apetyt a na co nie mogę patrzeć.

    Trochę piszę trochę siedzę i oglądam stare odcinki Survivora.
    Nie śpię.
    Z pewnością na zakończenie tego etapu dorobię się pięknych bicepsów i – jak tak dalej pójdzie – doskonałych mięśni brzucha.

    Próbuję przełożyć całą energię w pracę doktorską ale umówmy się idzie mi średnio.

    Jezu no
    won’t kill me
    a whatever doesn’t kill you simply makes you … stranger.

    [o odczuciach z Oskarów i żółtych oczach krokodyla jak się wygrzebię]
    Coś czuję, że emocjonalnie kolejny miesiąc z rzędu PMS nie ma szans się zmieścić.

    Myślę, że dla mojego własnego dobra ktoś mi powinien cenzurować lektury.

    [cobym miast w miejscach publicznych czytała je nie wiem, pod kołdrą a nie np na siłowni jednocześnie zasuwając na body trecu]

    Ostatnio mamy na tapecie Ayn Rand i obiektywizm. Czytamy sobie wywód filozoficzny o obiektywizmie. Robi nam w istocie pranie mózgu i zaczynamy rozważać, czy nie spędziliśmy aby całego życia bezmyślnie.

    [wiemy, że nie, mama by nam nigdy nie pozwoliła]

    Niemniej zastanawiamy się.

    [Ciekawe czy moja mama zna Ayn Rand tak w ogóle. Chciałabym to wiedzieć.]

    I tak uważam, że zrobiłam postęp od lektury „I hope they serve beer in hell„. Normalnie wstyd, że posiadam i nawet nabiłam pieczątką od Kamy informację, że to moja książka.
    Mój profesor od francuskiego uważa, że powinnam kontynuować naukę języka jako że mam widoczny talent do języków obcych. Ja się pytam ile czasu będzie mnie przeznaczenie ścigać i czy następny na tapecie ma suahili czy może mandaryński bo widać kusi czym może.

    [oraz ile czasu można przeznaczenie zbywać]


    Ponadto bezmyślność działa mi na nerwy.

    Miałam również wczoraj gorszy dzień. Winię Ayn Rand ale ile można.

    Herbata licorice spice jest niedobra.

    Przeklnęłabym ale nie wypada.

    Idę po blueberry scone.

    [gorszy dzień mam również dzisiaj i jasno widać, gdzie to mam]

    ps. a jeszcze
    panie Woody Allen
    Ja WIEM, że nie mam równo pod sufitem.
    Niekoniecznie trzeba to tak w film. Choć sam film bdb, tak?

    Mówiła, że moje pierwsze świadome słowo to „hau” z palcem skierowanym w stronę Boksera. Opowiadała, że ze mną kilkunastomiesięczną szło się całkiem rozsądnie domówić w kwestiach jedzenia i łazienki oraz książek, które sobie życzę mieć czytane. Twierdziła, że byłam śliczna jako niemowlę i że z bycia nieuroczym podlotkiem się wyrasta. Nauczyła mnie, że wady są problemem tego, kogo natura nimi obdarzyła i nie ma co zadręczać całego świata swoją złością, złośliwością tudzież niecierpliwością.
    Pokazała mi do czego może doprowadzić czytanie i z premedytacją od niego uzależniła. Szyła mi dokładnie takie spódnice, o jakich marzyłam. Jak nikt umiała obudzić we mnie ambicję i cierpliwie tłumaczyła czym się różni stanowczość od uporu. Nie miałam bardziej szczerego i surowego konstruktywnego krytyka a jednocześnie kogoś komu bardziej zależałoby byśmy z bratem wyrośli na dobrych ludzi.

    Nikt chyba nie był z nas bardziej dumny i nikt się na nasz widok bardziej nie cieszył. Nikt się bardziej o nas nie martwił i nikt nas mądrzej nie rozpuszczał, rozsadniej nie bronił i odważnie nie uczył.

    Razem z dziadkiem kochali mnie i młodego bardziej niż mogliśmy
    kiedykolwiek pragnąć. Byli, mimo zawirowań historii i przesunieć
    rodzinnych, najprawdziwszymi z prawdziwych, Babcią i Dziadkiem z
    wielkich liter i jeszcze większych serc.

    Dziadek odszedł niespodziewanie, silny i zdrowy, wiele lat temu.

    Myślę, że  na nią czekał  przed niebiem, by nie musiała przez wszystko iść sama gdy przyjdzie jej czas. Choć jestem pewna, że mimo metra pięździesięciu i niebywale łagodnego usposobienia, domówiłaby się ze świętym Piotrem.
    I nie wiem czy smutniej mi, że już nigdy nie położy mi na głowie ręki tego samego kształtu co moja, spracowanej i nie do końca ostatnio sprawnej, która kiedyś nawlekała najcieńsze igły i sprawdzała jakość najdziwniejszych materiałów czy wzruszam się, że w końcu jest razem z dziadkiem, że znowu ma metr pięćdziesiąt i może chodzić tak szybko, jak przywykła.

    Babcia odeszła wczoraj.

    Dwa dni zajęło mi wymyślanie jak wydarzenia, które nastąpiły w niedzielę, przedstawić sobie samej w pozytywnym świetle. Umówmy się, że obiektywnie się nie da. Długo będę się zastanawiała, gdzie zawiniłam, w którym momencie zawiodłam, gdzie przeoczyłam oraz na ile dałam się zwieść poczuciu bezpieczeństwa.
    [mimo dwudziestoplus letniego treningu, że poczuciu bezpieczeństwa nie wolno dać się zwieść]

    Wymyśliłam.
    Postanowiłam podejść do sprawy pragmatycznie i sprawdzić co z tej całej sytuacji mam.
    No mam, niewątpliwie doświadczenie
    [będące, wedle cytatu, tym co zdobywamy gdy nie uda się nam zdobyć tego, co chcieliśmy].

    Bo przecież „I believe that whatever doesn’t kill you simply makes you … stranger.”
    A to jeszcze nie koniec świata.

    …[Heath Ledger]…

    Dwudziesty stycznia budzi mnie świtem, francuskim radiem, świadomością, że w końcu absolutnie i bezwzględnie muszę wstać, gdyż czeka na mnie, zwarta i gotowa, pierwsza grupa fizyki 1051, pragnąca moich ćwiczeń równie mocno jak zimnego prysznica w ten obrzydliwy, mokry i podmarzający poranek.

    Świadomość, niemniej, bdb. Lubię musieć rano wstać. Pewnie mi przejdzie jak będę wybudzana o piątej trzydzieści coby się wyrobić w sprawie dzieci i dorosłych oraz zdążyć do prawdziwej pracy i realnego życia, ale póki co – uwielbiam mieć motywację by się uwertykalnić i zacząć poruszać. Inną, niż na przykład śródnocne kłopoty w akademiku. Odpukać.

    Dwudziesty stycznia przypomina mi tego pana, którego cytuję. I, mimo że do lipca nie widziałam go w żadnym przełomowym filmie (przegapiłam „Brokeback Mountain” z powodów, które go dziś zaciskają mi usta), nie mogę się pozbyć tego uczucia, że, podobnie jak ze śmiercią Buddy Holly’ego umarła muzyka, coś bezpowrotnie odeszło z Heathem Ledgerem. Niekoniecznie kino, ale na pewno jakiś jego nieoszlifowany, wolny i odważny aspekt. Gdzieś zanika poświęcenie graniczące z obłedem, odwaga, by  nie grać kogoś a na jakiś czas się nim stać. Pojawia się strach, że wcale nie jest tak trudno się spalić, i że choć może warto, lepiej jeszcze trochę sprobować poblednąć, złapać parę chwil, przeczekać ten nieuchronny moment, gdy nie będzie innego wyjścia.

    Wraz z tęsknotą za tą odwagą i wspominając, myślę o kimś jeszcze. Daleko, ale blisko. Styczniowo, ale ciepło. I ślę, ile mogę pozytywnej energii, takiej co jest serca biciem i wiosną.

    I między tym wszystkim podtęskniwam zupełnie dziewczęco, ale nawet się nie przyznam, bo nie warto.


    • RSS